piątek, 21 grudnia 2007

Pewnego razu - James Herbert

Najpierw był udar. I, niemal równocześnie z nim, wypadek.
Później koszmarnie długie miesiące żmudnej, bolesnej rekonwalescencji...
Czym się skończyło? Czymś, co pewnie wielu chciałoby zobaczyć. Wizją masturbującej się na polanie nimfetki.
Cóż dalej? Ach, drogi czytelniku, dalej mogło być już tylko gorzej.

Na okładce książki Jamesa Herberta pt. „Pewnego razu...” widnieje niekoniecznie zauważalna adnotacja: BAŚŃ DLA DOROSŁYCH. Jako recenzent poczułem się zobowiązany zerknąć do Słownika terminów literackich. Niewielka publikacja poinformowała ogólnie, właściwie niczego nie zmieniwszy w obecnym rozeznaniu, że baśń jest to opowiadanie ludowe bogate w elementy fantastyczne. Ani słowa niestety o fabule i jej wymaganiach, choć te problemy przeciętnemu czytelnikowi wydają się zapewne nieistotne. Problemy klasyfikacji, być może, nikomu snu z powiek nie spędzają, ale absurdalność (choć uważam to określenie za zbyt poważne i zbyt literackie w odniesieniu do ww. tytułu) tekstu już tak. Tylko na czym owa absurdalność miałaby polegać?
Najlepiej zaczynać od początku, dlatego kilka słów o bohaterach i wydarzeniach, w które zostają wplątani. Za główną postać „Pewnego razu...” uważać można Thoma Kindreda – człowieka, który przeszedł wiele. W wieku dwudziestu siedmiu lat przeżył udar razem z wypadkiem samochodowym, w wyniku czego jego życie kompletnie się zmieniło. Nie mógł już robić wszystkiego, co zdarzało się wcześniej, odsunął od siebie kobiety, przestał w ogóle pić alkohol... A do tego od czasu do czasu tracił kontrolę nad lewą połową swojego ciała. Nie chciał jednak używać wobec siebie słowa „niepełnosprawny”, nawet jeśli okazywało się zupełnie trafne. Właśnie w takim momencie życia czytelnik spotyka owego nieszczęśnika. Thom powraca do domu, w którym się wychował, do tego tak dobrze znanego nam z literatury kraju lat dzieciństwa. Stary to motyw i nawet przyjemny w doznaniach czytelniczych – okazja do dowiedzenia się o bohaterze więcej, szansa dla narratora by wyjść poza kanoniczną powierzchowność opisu... Kopalnia możliwości pisarskich. I są one dość dobrze wykorzystywane. Akcja nabiera tempa, jest dość obyczajowo, ciekawie, w pewnym momencie wydaje się nawet, że książka nie zawiedzie pod względem psychologicznym... Człowiek zaczyna zapominać o wersalikowej adnotacji na okładce i ma nadzieję na dobrze poprowadzoną prozę.
„Nadzieja matką głupich!” – znane powiedzenie pozbawia (w dodatku słusznie) złudzeń także w tym przypadku. Pozytywne odczucia wobec tekstu niszczą dwie podstawowe sprawy. Po pierwsze: postaci, po drugie: porno. Od seksu zacznę, choć obie zaprezentowane właściwości łączą się ze sobą niemalże ściśle. Seks – powtórzę jeszcze kilka razy, żeby zaspokoić oczy głodne tego wyrazu – seks, seks, seks i pornografia. Dużo tego znajdziemy w „Pewnego razu...”. Źli bohaterowie gwałcą dobrych (albo neutralnych), wysyłają sukkuby, żeby pozbawiały wybranych mężczyzn nasienia i, ale to już razem z pozytywnymi postaciami, robią sobie dobrze (proszę wybaczyć eufemizm) w najdziwniejszych miejscach i przy równie niecodziennych sytuacjach. Dlaczego twierdzę, że niszczą w ten sposób tekst? Z prostego powodu – prezentują naprawdę niski poziom. Nie chodzi o czystość, nikt od książek nie żąda, żeby pornografii nie zawierały. Ale niech chociaż będzie jakoś bogata artystycznie, miała w sobie na tyle polotu, żeby wywołać rumieniec na policzkach czytelnika i przyspieszyć jego oddech... A nie sprawiać, że człowiek tarza się ze śmiechu i tylko zerka ze wstydem na około, czy nikt nie próbuje czytać mu przez ramię.
Postaci. Może po kolei. Thom Kindred – jak już wspomniałem – to bohater początkowo przemyślany, człowiek po przejściach, bez wspomnień z dzieciństwa, podstawa do stworzenia naprawdę udanej charakterystyki, ale oprócz niego znajdziemy w „Pewnego razu...” innych, już mniej zachwycających. Bohaterowie tej historii, historyjki właściwie, bo rozgrywającej się gdzieś na zapomnianych wiejskich obszarach Anglii, dzielą się (jak to w baśni) na fantastycznych i realistycznych. W obydwu światach trafiają się zarówno źli jak i dobry, choć ludzie traktowani są jako swoiste cartes blanches – działają zgodnie z planami postaci nierealnych, z których warto wymienić dwie: Jennet – wspomnianą we wstępie nimfetkę (i rusałkę zarazem) oraz Nell Quick – owładniętą koszmarnym libido czarownicę.
Po co właściwie wiedźma w takiej historii? Klasycznie, w końcu mamy do czynienia z baśnią, istnieje po to, by siać zamęt i zniszczenie. W dawnych opowieściach czarownica chciała szkodzić ludziom, tutaj, w nowoczesnej adaptacji znanych motywów, chce przede wszystkim spadku po ojcu przyjaciela głównego bohatera – sir Russelu. Trudno powiedzieć, co kieruje jej pobudkami. Czy wielkość posiadłości, wiele zielonych terenów (na których nota bene zamieszkują rusałki, skrzaty, elfy i inne tego typu „niewinne” stworzenia), a może tylko chęć nieskładnego i niezaplanowanego naprzykrzania się bohaterom? Nieistotne. Co najważniejsze to to, że próbuje zgładzić Thoma Kindreda. Czy kogoś w ogóle obchodzi dlaczego? Najwyraźniej samego autora nie za bardzo, ale to inna historia.
A rusałka? Rusałka pomaga odpowiedzieć głównemu bohaterowi na wiele pytań. Niczym Wergiliusz w „Boskiej komedii” Dantego – oprowadza zagubionego mężczyznę po zawiłościach świata. Wyjaśnia istotę współżycia seksualnego jako niezmąconego szczęścia i siły, która spaja rzeczywistość (cóż za przypadek!), opowiada o życiu pozagrobowym, pomaga w odnajdywaniu zagubionych wspomnień (i straconego wzwodu) i obdarza Kindreda darem wspanialszym niż największe skarby świata... Dość. Dość tej obrzydliwej ironii z mojej strony. Proszę sobie tylko odnotować, że ta wspaniała istota z wyglądu przypomina dwunasto- jeśli nie jedenastolatkę, a co za tym idzie, główny bohater przedstawia się zdecydowanie dwuznacznie.
W tym miejscu chciałbym omówić pokrótce fabułę. Chciałbym, ale zastanawiam sie, czy to w ogóle możliwe. Może w pewnego rodzaju wyliczeniu. A zatem – Thom przybywa do dawnego domu, gdzie spędził najlepsze lata dzieciństwa ze swoim przyjacielem Hugonem i matką Bethan. Zaznajamia się z dawno niewidzianymi krajobrazami. Jeden ze spacerów kończy się podglądaniem nimfetki w sytuacji całkowicie niedwuznacznej. Później pojawia się wiedźma, sprawy się komplikują, dochodzą postaci zgwałconych rehabilitantek, umierających właścicieli niebotycznych sum... A gdzieś po drodze można natrafić na kopulujące radośnie niby-świetliki, wypełzających spod ziemi zmarłych i opanowane żądzą mordu drzewa. Innymi słowy wszystko w jednym, a tak naprawdę nic we wszystkim.
Co właściwie zostaje, jeśli zapomnimy o mankamentach bohatersko-fabularnych (i tłumaczeniowych – przekład aż się prosi o konkretną i szczerą korektę)? Naiwna historyjka o walce dobra ze złem, w której zło, za przeproszeniem, szczyci się głupotą, nie potrafi wyciągać wniosków z własnych błędów i działa zupełnie nielogicznie. Złośliwy wytknąłby autorowi antyfeministyczną postawę, ponieważ ową niszczącą siłę reprezentuje postać kobiety, ale ja będę się trzymać własnego zdania, że to czysty brak umiejętności i talent do spłycania.
Jeśli już chce się sięgnąć, to z przymrużeniem oka i naprawdę olbrzymim dystansem. I mieć świadomość, że tym razem autor nie ironizuje. To pomaga w trzeźwej ocenie.


środa, 26 września 2007

Za króla, ojczyznę i garść złota - Anna Brzezińska, Grzegorz Wiśniewski

Trwa wojna. Wielka, niewytłumaczona, niejasna, dziwaczna wojna. W tym jakże niecodziennym zjawisku bierze udział nieustraszony oddział w większości złożony z chłopców – farmerów. Zaraz... Jakich znów chłopców? Toż to chłopy, żadne dzieciaczki. Banda facetów o uroczych przezwiskach: Kurczak, Myszak, Wielki Bill, Przygięty Mick, Red oraz oszczędzeni, nazywani własnymi imionami Lloyd i Snowy – jedyny czarnoskóry w drużynie zdziczałych białasów.

Na szczęście od żołnierzy nikt nie żąda inteligencji na poziomie wyższym niż minimum potrzebne do umiejętnego przeładowania i wycelowania karabinu, dlatego właśnie ci chłopcy, nasi zatopieni w burdelowych marzeniach i ojczyźnianych wspomnieniach bohaterowie, mogą spać spokojnie. Na pewno sobie poradzą. W obliczu zagrożenia drużyna nigdy nie zawodzi, każdy jest w stanie zginąć za brata w boju. Nie ma takiej możliwości, by nie sprostać postanowionemu przez dowództwo zadaniu. Chyba, że ktoś postanowi o dezercji.

Lecz z jakiego powodu? Wszak co może być ważniejsze i bardziej prestiżowe od wiecznej chwały zapewnionej każdemu wojakowi dającemu sobie rozwalić łeb za władcę? Czy żołnierz może pragnąć więcej niż nieoznaczonego miejsca pochówku, gdzie poległ w imię ideałów, których nigdy nie zrozumiał? Oczywiście. Musi mieć tylko dobry powód. A, jak wiemy, takowy zawsze się znajdzie. I oto Myszak przybywa z jednowyrazową wieścią. Złoto. Niemalże na wyciągnięcie ręki, aż się prosi, by podążyć za wiozącymi je ludźmi. Być może jest to oddział wroga i ucieczka z pola walki ujdzie wszystkim na sucho? Oddział długo sie nie zastanawia. Zaczyna się wyprawa. Męcząca podróż naszpikowana niepokojącymi spotkaniami. Sunące po niebie stworzenia nie z tej ziemi, istoty znane z europejskich i azjatyckich legend, trafne, parodystyczne aluzje do jedynej i słusznej religii, a przede wszystkim wyjątkowo ironiczne zrządzenia losu – aż tyle przeszkód muszą pokonać bohaterowie książki „Za króla, ojczyznę i garść złota”, zanim będą w stanie osiągnąć cel podjętej przez nieznany ląd przeprawy.

Trudno jednoznacznie ocenić pracę duetu Brzezińska – Wiśniewski. Z jednej strony pomysł wydaje się ciekawy, sam szkic, czy też szkielet pierwszej (z trzech) opowieści cyklu „Wielka Wojna” sprawa wrażenie intrygującego. Ostateczna wersja (książkowa) trąci bezpośredniością – dobry wybór dla czytelnika, który uwielbia wszystko podane na tacy. Nie tego wymagam od fantastyki. Wolę, gdy książka zainteresuje mnie tematem na tyle, że po przeczytaniu (a nawet i w trakcie!) sięgnę do publikacji z gatunku „tych mądrych”, by wyłowić pewne fakty, które pojawiły się w lekturze.


Odrzucając na moment maskę ironicznego, wiecznie niezadowolonego pseudokrytyka, muszę przyznać, że jako parodia - „Za króla, ojczyznę i garść złota” wypada ciekawie. Inaczej niż znane mi parodystyczne opowieści o wojnie, walce i, powiedzmy, szeroko pojętym patriotyzmie. Pod tym względem książka wydaje się świeża, bez oklepanych motywów, miejscami błyskotliwa i, jako fantastyka, godna polecenia. Oczywiście, jeśli jest parodią. Oj, biada mi, jeśli się mylę. Biada.

poniedziałek, 9 lipca 2007

Pan Niepokorny, kulturowa historia penisa -David M. Friedman

Czym w dzisiejszych czasach jest penis? Wielu powiedziałoby, że organem definiującym mężczyznę. Inni nazwaliby go specyficznym dodatkiem. Dodatkiem, który, już od wielu stuleci posądzano o własne, niezależne od właściciela życie. Ale czy tak jest naprawdę?
Czy w XXI wieku – stuleciu postępu medycyny i nauki, możemy powiedzieć, że o penisie wiemy już wszystko?
Te i wiele innych intrygujących pytań stawia David M. Friedman w książce „Pan Niepokorny. Kulturowa historia penisa”. Poszukując odpowiedzi, przybliża czytelnikowi sposób widzenia penisa przez wielowiekową tradycję kultury europejskiej. Filozofia, religia, medycyna, sztuka – każda z dziedzin nauki miała swój wkład w postrzeganie męskiego organu.
Autor zabiera czytelnika w niemal 400-sto stronicową podróż przez epoki, od wczesnego średniowiecza począwszy, na XXI wieku skończywszy, udowadniając, że wbrew powszechnej opinii, każde stulecie interesowało się penisem, choć na różny sposób.
Męski organ nie zawsze uchodził za obiekt dumy. Średniowiecze w kontekście Biblii i późniejszych polowań na czarownice ochrzciło go „demoniczną pałką”. Biblia uczyniła z penisa najbardziej prywatną część ludzkiego ciała (nazywała go na swoich stronach „udem” bądź „biodrem”), a w międzyczasie Kościół uczynił z niego rzecz publiczną. Do tego stopnia, że impotencja stała się przekleństwem i zabraniała mężczyźnie wstępować w związki małżeńskie. Penis, zepchnięty do roli narzędzia służącego do kopulacji, musiał czekać kolejne wieki, by wzbudzić większe niż dotychczas zainteresowanie medyków.
Renesans – czas „skrzyni biegów”, człowiek stał się obiektem badań, choć średniowieczne twierdzenia sięgały także tutaj. Leonardo da Vinci, wykonując anatomiczne rysunki z sekcji zwłok, najwięcej rzeczowych błędów popełniał przy szkicach penisa. Sądził, a nie był w tym odosobniony, że wewnątrz penisa znajdują się dwie cewki, jedna służąca do wydalania moczu, inna do nasienia. Wciąż żywe wierzenia o „pneumie” - boskim tchu napełniającym penis podczas erekcji ostały obalone, choć nie ostatecznie. Nikt wszakże nie znał mechanizmu powstawania wzwodu.
Następne stulecia to coraz śmielsze badania, sekcje zwłok, a wreszcie – próba intelektualnego powiązania penisa nie tylko z jego właścicielem, ale również z osobami, które nigdy penisa nie posiadały. Na scenę wkroczyła psychoanaliza ze swoim twórcą – Zygmuntem Freudem na czele. On sam nazwałby penis „cygarem”, bo, jak sam twierdził, palenie cygar zaspokaja jego własny popęd falliczny. Męski organ stanął na czele zadania, przed którym nikt nigdy nie śmiałby go postawić – miał pomagać w leczeniu nerwic.
W dalszej kolejności Friedman zajmuje się opisem działalności feministek. W XX wieku po raz pierwszy o penisie zaczęły wypowiadać się osoby mające z nim tak naprawdę niewiele wspólnego. Po raz pierwszy „taran” został postawiony po drugiej strony barykady. Jako wściekły, atakujący potwór bez skrupułów. Można powiedzieć, że zupełnie zmienił oblicze, a z nim także świat płci. Przestało się mówić, że albo się penis ma, albo nie. Uważany do tej pory za synonim męskości, waleczności i odwagi, zmalał do bezwzględnego oprawcy i długo musiał walczyć o własną godność.

Końcowe rozdziały to wnikliwa analiza badań prowadzonych nad penisem. Odkrycie testosteronu i jego możliwości, przeszczepy jąder jako wątpliwa recepta na wieczną młodość, a wreszcie skuteczny sposób na dolegliwość towarzyszącą mężczyźnie od zarania dziejów. Wynalezienie Viagry – przełom w medycynie i kulturze. Do tej pory kapryśny i nie mogący stanąć na wysokości zdania Pan Niepokorny przybrał postać „opony nie do przebicia”. Znów dumny, choć tym razem dzięki medycynie, a już nie sile pneumy czy własnej wielkości, ponownie próbuje zająć godne miejsce w kulturze. Czy się uda – czas pokaże, a na razie – polecam lekturę książki Friedmana. Warto, to za mało powiedziane.

niedziela, 1 lipca 2007

Nie ma jak w domu - Mary Higgins Clark

Celia Nolan, żona wziętego adwokata – Alexa Nolana – nie wydawała się zadowolona z prezentu urodzinowego, choć mąż bardzo się postarał. Wszakże nikt nie ośmieliłby się stwierdzić, że kupno domu w uroczej okolicy z takiej okazji, to coś okropnego. Nikt poza Celią.
Nolan nie mógł wiedzieć, że jego żona mieszkała już kiedyś w tym miejscu. W domu, gdzie zastrzelono jej matkę. Wciąż miała przed oczami wyraz twarzy umierającej na jej rękach kobiety. Tamte chwile bardzo dobrze zapadły Celii w pamięć. Przecież sama pociągnęła za spust.

Liza Barton, jak wówczas nazywała się Celia Nolan, była pewna, że pistolet wystrzelił przez przypadek. Niestety, nikt nie potwierdzał tej wersji. Według jej ojczyma – Teda Cartwrighta – dziesięciolatka z zimną krwią zabiła matkę, a następnie chciała zamordować i jego. Ponieważ nie było wystarczających dowodów winy, dziewczynka została uniewinniona. Jednakże dziennikarze, jak często się zdarza, uważali, że niezawisły sąd może się mylić – dlatego gazety zrobiły z Lizy bezwzględną młodocianą morderczynię. Z tego powodu nowi prawni opiekunowie postanowili ułatwić dziewczynce start w życiu. Nadali jej nowe imię i obiecali sobie, że świat już nigdy nie usłyszy o „Małej Lizzie Borden”, jak przezywano Lizę.

Plan wydawał się doskonały. Dalecy krewni, nowe miejsce zamieszkania, nowi ludzie, z którymi można się zaprzyjaźnić, wizyty u wyrozumiałego psychologa, a przede wszystkim święty spokój – czy trzeba czegoś więcej, by wieść normalne życie?
Celia wiedziała, że poradzi sobie z przeszłością. Niestety – wszystko zmienia niespodzianka męża. Walka ze wspomnieniami nic nie daje, zwłaszcza gdy należy bać się o własne życie. W rodzinnym mieście Lizy dochodzi do zagadkowych morderstw, a wiele śladów prowadzi prosto do niej. Komu ufać? Gdzie szukać pomocy? Kluczem do niektórych pytań może okazać się przeszłość, a szczególnie okoliczności śmierci ojca Lizy...

„Nie ma jak w domu” to kolejna książka Mary Higgins Clark - autorki 23 powieści sensacyjnych, trzech zbiorów opowiadań oraz współautorki trzech książek napisanych razem z córką Carol. Okrzyknięta Królową Suspensu pisarka uszykowała czytelnikom ponad 200 stron napięcia i niespodziewanych zwrotów akcji. Zadbała nawet o wizerunek głównej bohaterki, nie spłycając go zanadto, jak mają w zwyczaju tego typu tytuły. Wszystko podane gładko, czasem może zbyt prosto, ale z drugiej strony nie należy żądać od powieści sensacyjnej zbyt wiele. Najważniejsze by zaskakiwała i ciekawiła, a tak jest w przypadku „Nie ma jak w domu”.

Celia stopniowo odkrywa nowe fakty odnośnie swojej przeszłości, policja bada sprawę zagadkowych morderstw, a w tle działa zastanawiający przestępca. Kim jest? Na co liczy? Podczas lektury czytelnik może próbować rozwikłać tę zagadkę i choćby dlatego książce Clark należy się szczególna uwaga.

Mógłbym przepuścić „Nie ma jak w domu” bez cienia krytyki, gdyby nie usterki w tłumaczeniu. Ograniczę się tylko do jednej uwagi - pewnych angielskich wyrażeń nie da się przełożyć dosłownie. W tekście wyglądają niezwykle sztucznie i obco. Być może większość czytelników nie zwróci uwagi na te niewielkie błędy, ale ja lubię czasem bywać czepialski.


Podsumowując, „Nie ma jak w domu” nadaje się na lekturę dla każdego, kto pragnie szybkiej akcji, wciągającej fabuły i tajemnicy podanych w formie „masowego koktajlu” - czyli wyjątkowo lekkostrawnej mieszanki. Po prostu miłe parę godzin wśród liter zamiast wlepiania oczu w szklany ekran. Sądzę, że przyda się wielu z nas.

poniedziałek, 19 marca 2007

Drań - Rick Marin

Nastały złe czasy. Dzieci nie słuchają rodziców i każdy pisze książkę”.
Cyceron


Wydaje się, że w dzisiejszych czasach mieliśmy już dość literatury „prosto z serca”. Czytelnicy zapewne domyślą się, co ukrywam pod eufemistycznym określeniem. Książki z założenia o niczym, forma pamiętnika, który można sprzedać i dzięki temu dorobić do i tak dobrze zapowiadającej się emerytury. Być może słynny „Pamiętnik Bridget Jones” – dodam: fikcyjny! - zachęcił kolejnych autorów do prywatnych wynurzeń.

Cokolwiek było przyczyną, zapoczątkowało prawie dwie dekady „wyznań”, „dzienników” i „zapisków” różnego rodzaju.

Do takiego rodzaju literatury zalicza się książka Ricka Marina pt. „Drań – wyznania toksycznego kawalera”. Prawie czterysta stron opisujących nowojorski żywot autora-dziennikarza. Od pierwszego małżeństwa (które już na samym początku zostaje określone jako zakończone, choć nie zostało to usankcjonowane prawnie) przez coraz to nowe kobiety, randki, zmiany zawodowe, aż do majaczącego za horyzontem happyendu.

Marin prowadzi nas przez dziesięć intensywnych lat swojego życia, w czasie których bezlitosna maszyna rynku pracowniczego przemiela go przez różne posady. MTV, Time, Newsweek – po prostu Nowy Jork. Innymi słowy przybytek sukcesu i sławy, miejsce będące spełnieniem marzeń niezliczonej ilości ludzi. A w tym wszystkim nasz bohater – już dość dobrze usytuowany jako dziennikarz, a jednak wciąż polegający na rodzicielskiej zapomodze, z nieuporządkowanym życiem prywatnym, astmą i masą wyimaginowanych problemów.

Choć osobiście nie przepadam za literaturą tego rodzaju, musze przyznać, że jest jeden dość ważny problem, który tytułowy Drań porusza. Mianowicie – dorastanie. Wygląda na to, że kolejne niezbyt udane związki pozwalają bohaterowi zrozumieć, czego tak naprawdę powinien poszukiwać. Jako dwudziestoośmioletni mężczyzna myśli jedynie o tym, by przerwać przymusowy, „okołorozwodowy” celibat. Nieważne gdzie, ważne żeby była to kobieta. Na tym kończy się świat młodego rozwodnika.

Tymczasem mijają lata i zegar biologiczny daje o sobie znać. Nagle okazuje się, że większość znajomych właśnie się żeni, oczekuje dziecka lub zawiadamia o jego urodzeniu. Pojawia się luka, której nie potrafią już wypełnić jednorazowe randki, ani pseudozwiązki. Marzenia o dzieleniu z kimś każdego dnia, posiadaniu dzieci, urządzaniu wspólnego domu popychają do zmiany postępowania, a nawet stylu życia. Jednak dopiero czas pokaże, czy desperackie poszukiwania okażą się owocne.

Książka nowojorskiego dziennikarza bywa zabawna na swój sposób. I tragicznie prawdziwa w opisywaniu relacji damsko-męskich. W zasadzie można określić ją jako ciekawą alternatywę dla „literatury w spódnicy”. Mężczyźni dumnie wkroczyli na teren do tej pory zajmowany tylko przez kobiety i postanowili zabrać głos. Jeszcze niewiadomo, czy są mile widziani, ale wszystko wskazuje na to, że spodnie sprawdzają się wszędzie. Także w pisarstwie tego typu.


I dlatego polecam ten tytuł jedynie zagorzałym czytelnikom wspomnianej tzw. „kobiecej” literatury. Przekonajcie się, jak to jest po drugiej stronie.  

środa, 31 stycznia 2007

Głos Boga - Jacek Sobota

Niema kobieta powiła syna, choć była dziewicą. Chłopiec wyrósł na niezwykłego człowieka. Mówił, że najważniejsza w życiu człowieka jest miłość. Nie wszyscy mu uwierzyli, ale znalazło się wielu, którzy wiarę dali.
Oczywiście w końcu doszło do zdrady, on zaś zginął w cierpieniu i bólu. Połamano mu kości na kole.
I to koło właśnie, stało się symbolem nowej, niezwykłej religii.”

„Głos Boga” – książka Jacka Soboty to inspirowana Biblią, wielowątkowa, trzymająca w napięciu i utrzymywana w klimacie filozoficznej powiastki powieść.

Autor z niezwykłym smakiem i starannością maluje obraz świata zdominowanego przez cierpienie i smutek, świata, który bezskutecznie czeka, aż milczący od lat Bóg przemówi, jak czynił to dawnymi czasy. Podupadają obyczaje, rodzą się herezje, pojawiają się opinie, że Stwórca pozostaje niemy, a czekanie jest jedynie stratą życia.

Jednakże w morzu rosnącego zwątpienia nadzieję przywraca wieść, że oto gdzieś na terenach, zdawałoby się zapomnianych nawet przez samego diabła, urodziło się niezwykłe dziecko. Ponoć mając zaledwie parę lat dyskutowało z mędrcami, zmieniając całkowicie ich pogląd na świat. Podobno przemawia w malandryjskim – języku początków świata, mowie Boga.

Zwą go Rewne – Gaduła.

Mniej więcej w tym samym czasie przychodzi na świat inny, równie niezwykły chłopiec. Z matki prostytutki i ojca niewiadomego pochodzenia. Enrew, bo tak dano mu na imię, dobrze zna swój los. Jest przeciwieństwem Gaduły – jego przyszłym uczniem i zdrajcą. Obydwaj rozpoczynają swoją drogę przez życie, a świat może jedynie czekać na dawno obiecane Słowa. Na Głos Boga.

Książka Jacka Soboty jest dziełem. Nie znajduję innego słowa i będę się przy nim upierać. To doskonała fantastyka utrzymująca w średniowiecznym, zdecydowanie mrocznym klimacie z masą fascynujących postaci. Wszystkie wydają się żywe, pełne emocji, a przy odrobinie wyobraźni (i dzięki znajomym, zwłaszcza religijnym motywom) czytelnik może poczuć się częścią tej nieco zniekształconej historii Zbawienia.

Otóż to – czy na pewno Zbawienia? Przecież nikt z nas naprawdę nie zna końca historii Gaduły.

A może jednak?

niedziela, 7 stycznia 2007

Douglas Preston - Testament

Maxwell Broadbent – amerykański milioner, który dorobił się fortuny na poszukiwaniu skarbów i rabowaniu grobowców – postanawia odejść z tego świata w iście królewskim stylu.
Ma zamiar pogrzebać się razem z całym majątkiem, odbierając tym samym swoim synom szansę na odziedziczenie spadku wartego pół miliarda dolarów.

W wiadomości pozostawionej dzieciom Phillipowi, Vernonowi i Tomowi wyjaśnia przyczynę nagłego zniknięcia i namawia synów do współpracy w celu odnalezienia majątku rodziny. Trójka młodych mężczyzn podejmuje wyzwanie rzucone przez umierającego na raka staruszka. Nikt nie podejrzewa jednak, jak bardzo skomplikuje się sytuacja.
Niestety, okazuje się, że pewna szczególna pozycja z kolekcji Maxwella – starożytny Kodeks Majów posiadający sekrety nieznanych współczesnej medycynie lekarstw - może zachęcić innych ludzi o niekoniecznie czystych zamiarach.
Wyprawa po spadek wkrótce zamienia się w prawdziwą walkę na śmierć i życie, bo w dzisiejszych czasach nawet w honduraskiej dżungli człowiek zna wartość pieniądza. A za bogactwo opłaca się zabić.
Rodzeństwo Broadbent będzie musiało nauczyć się działać razem, żeby przetrwać. Na swojej drodze spotkają zarówno wrogów jak i przyjaciół, odkryją szokującą ojcowską tajemnicę, ale przede wszystkim zrozumieją na czym polega bycie prawdziwą rodziną.

Książka Douglasa Prestona (autora zekranizowanego przez Hollywood „Reliktu”) „Testament” to bajka. Napisana przystępnie, żwawą prozą, pozbawiona dłużyzn, ale, niestety, nie trzymająca w napięciu bajka. Pozycja należy do tych, które czyta się szybko, bez zbędnego wysiłku.
W całości najbardziej zachwyca wyobraźnia autora. Bez oporów utrudnia on bohaterom życie, posuwając się niekiedy do oklepanych, iście hollywoodzkich sztuczek, nieobcych doświadczonym scenarzystom. Nie zabraknie tu wątku miłosnego, prześladującej bohaterów przeszłości, iście czarnego charakteru i zakończenia na miarę dzisiejszego Hollywood.
Prawa do ekranizacji książki kupiła wytwórnia Paramount – zachwyca się wydawca z tyłu okładki, a ja dodam własny komentarz: Nic dziwnego. To świetny materiał na może nawet dwugodzinny film pełen strzałów wybuchów i zwrotów akcji. Ale nic poza tym. Jakoś nie udało mi się wczuć w klimat opowieści, a tego chyba należałoby żądać od książki przygodowej.

Jeśli miałbym komukolwiek polecać, to tylko wiernym fanom gatunku.