Najpierw był udar. I,
niemal równocześnie z nim, wypadek.
Później koszmarnie
długie miesiące żmudnej, bolesnej rekonwalescencji...
Czym się skończyło?
Czymś, co pewnie wielu chciałoby zobaczyć. Wizją masturbującej
się na polanie nimfetki.
Cóż dalej? Ach, drogi
czytelniku, dalej mogło być już tylko gorzej.
Na okładce książki
Jamesa Herberta pt. „Pewnego razu...” widnieje niekoniecznie
zauważalna adnotacja: BAŚŃ DLA DOROSŁYCH. Jako recenzent poczułem
się zobowiązany zerknąć do Słownika terminów literackich.
Niewielka publikacja poinformowała ogólnie, właściwie niczego nie
zmieniwszy w obecnym rozeznaniu, że baśń jest to opowiadanie
ludowe bogate w elementy fantastyczne.
Ani słowa niestety o fabule i jej wymaganiach, choć te problemy
przeciętnemu czytelnikowi wydają się zapewne nieistotne. Problemy
klasyfikacji, być może, nikomu snu z powiek nie spędzają, ale
absurdalność (choć uważam to określenie za zbyt poważne i zbyt
literackie w odniesieniu do ww. tytułu) tekstu już tak. Tylko na
czym owa absurdalność miałaby polegać?
Najlepiej
zaczynać od początku, dlatego kilka słów o bohaterach i
wydarzeniach, w które zostają wplątani. Za główną postać
„Pewnego razu...” uważać można Thoma Kindreda – człowieka,
który przeszedł wiele. W wieku dwudziestu siedmiu lat przeżył
udar razem z wypadkiem samochodowym, w wyniku czego jego życie
kompletnie się zmieniło. Nie mógł już robić wszystkiego, co
zdarzało się wcześniej, odsunął od siebie kobiety, przestał w
ogóle pić alkohol... A do tego od czasu do czasu tracił kontrolę
nad lewą połową swojego ciała. Nie chciał jednak używać wobec
siebie słowa „niepełnosprawny”, nawet jeśli okazywało się
zupełnie trafne. Właśnie w takim momencie życia czytelnik spotyka
owego nieszczęśnika. Thom powraca do domu, w którym się wychował,
do tego tak dobrze znanego nam z literatury kraju lat
dzieciństwa. Stary to motyw i
nawet przyjemny w doznaniach czytelniczych – okazja do dowiedzenia
się o bohaterze więcej, szansa dla narratora by wyjść poza
kanoniczną powierzchowność opisu... Kopalnia możliwości
pisarskich. I są one dość dobrze wykorzystywane. Akcja nabiera
tempa, jest dość obyczajowo, ciekawie, w pewnym momencie wydaje się
nawet, że książka nie zawiedzie pod względem psychologicznym...
Człowiek zaczyna zapominać o wersalikowej adnotacji na okładce i
ma nadzieję na dobrze poprowadzoną prozę.
„Nadzieja
matką głupich!” – znane powiedzenie pozbawia (w dodatku
słusznie) złudzeń także w tym przypadku. Pozytywne odczucia wobec
tekstu niszczą dwie podstawowe sprawy. Po pierwsze: postaci, po
drugie: porno. Od seksu zacznę, choć obie zaprezentowane
właściwości łączą się ze sobą niemalże ściśle. Seks –
powtórzę jeszcze kilka razy, żeby zaspokoić oczy głodne tego
wyrazu – seks, seks, seks i pornografia. Dużo tego znajdziemy w
„Pewnego razu...”. Źli bohaterowie gwałcą dobrych (albo
neutralnych), wysyłają sukkuby, żeby pozbawiały wybranych
mężczyzn nasienia i, ale to już razem z pozytywnymi postaciami,
robią sobie dobrze (proszę wybaczyć eufemizm) w najdziwniejszych
miejscach i przy równie niecodziennych sytuacjach. Dlaczego
twierdzę, że niszczą w ten sposób tekst? Z prostego powodu –
prezentują naprawdę niski poziom. Nie chodzi o czystość, nikt od
książek nie żąda, żeby pornografii nie zawierały. Ale niech
chociaż będzie jakoś bogata artystycznie, miała w sobie na tyle
polotu, żeby wywołać rumieniec na policzkach czytelnika i
przyspieszyć jego oddech... A nie sprawiać, że człowiek tarza się
ze śmiechu i tylko zerka ze wstydem na około, czy nikt nie próbuje
czytać mu przez ramię.
Postaci.
Może po kolei. Thom Kindred – jak już wspomniałem – to bohater
początkowo przemyślany, człowiek po przejściach, bez wspomnień z
dzieciństwa, podstawa do stworzenia naprawdę udanej
charakterystyki, ale oprócz niego znajdziemy w „Pewnego razu...”
innych, już mniej zachwycających. Bohaterowie tej historii,
historyjki właściwie, bo rozgrywającej się gdzieś na
zapomnianych wiejskich obszarach Anglii, dzielą się (jak to w
baśni) na fantastycznych i realistycznych. W obydwu światach
trafiają się zarówno źli jak i dobry, choć ludzie traktowani są
jako swoiste cartes blanches
– działają zgodnie z planami postaci nierealnych, z których
warto wymienić dwie: Jennet – wspomnianą we wstępie nimfetkę (i
rusałkę zarazem) oraz Nell Quick – owładniętą koszmarnym
libido czarownicę.
Po
co właściwie wiedźma w takiej historii? Klasycznie, w końcu mamy
do czynienia z baśnią, istnieje po to, by siać zamęt i
zniszczenie. W dawnych opowieściach czarownica chciała szkodzić
ludziom, tutaj, w nowoczesnej adaptacji znanych motywów, chce przede
wszystkim spadku po ojcu przyjaciela głównego bohatera – sir
Russelu. Trudno powiedzieć, co kieruje jej pobudkami. Czy wielkość
posiadłości, wiele zielonych terenów (na których nota
bene zamieszkują rusałki,
skrzaty, elfy i inne tego typu „niewinne” stworzenia), a może
tylko chęć nieskładnego i niezaplanowanego naprzykrzania się
bohaterom? Nieistotne. Co najważniejsze to to, że próbuje zgładzić
Thoma Kindreda. Czy kogoś w ogóle obchodzi dlaczego? Najwyraźniej
samego autora nie za bardzo, ale to inna historia.
A
rusałka? Rusałka pomaga odpowiedzieć głównemu bohaterowi na
wiele pytań. Niczym Wergiliusz w „Boskiej komedii” Dantego –
oprowadza zagubionego mężczyznę po zawiłościach świata.
Wyjaśnia istotę współżycia seksualnego jako niezmąconego
szczęścia i siły, która spaja rzeczywistość (cóż za
przypadek!), opowiada o życiu pozagrobowym, pomaga w odnajdywaniu
zagubionych wspomnień (i straconego wzwodu) i obdarza Kindreda darem
wspanialszym niż największe skarby świata... Dość. Dość tej
obrzydliwej ironii z mojej strony. Proszę sobie tylko odnotować, że
ta wspaniała istota z wyglądu przypomina dwunasto- jeśli nie
jedenastolatkę, a co za tym idzie, główny bohater przedstawia się
zdecydowanie dwuznacznie.
W tym
miejscu chciałbym omówić pokrótce fabułę. Chciałbym, ale
zastanawiam sie, czy to w ogóle możliwe. Może w pewnego rodzaju
wyliczeniu. A zatem – Thom przybywa do dawnego domu, gdzie spędził
najlepsze lata dzieciństwa ze swoim przyjacielem Hugonem i matką
Bethan. Zaznajamia się z dawno niewidzianymi krajobrazami. Jeden ze
spacerów kończy się podglądaniem nimfetki w sytuacji całkowicie
niedwuznacznej. Później pojawia się wiedźma, sprawy się
komplikują, dochodzą postaci zgwałconych rehabilitantek,
umierających właścicieli niebotycznych sum... A gdzieś po drodze
można natrafić na kopulujące radośnie niby-świetliki,
wypełzających spod ziemi zmarłych i opanowane żądzą mordu
drzewa. Innymi słowy wszystko w jednym, a tak naprawdę nic we
wszystkim.
Co
właściwie zostaje, jeśli zapomnimy o mankamentach
bohatersko-fabularnych (i tłumaczeniowych – przekład aż się
prosi o konkretną i szczerą korektę)? Naiwna historyjka o walce
dobra ze złem, w której zło, za przeproszeniem, szczyci się
głupotą, nie potrafi wyciągać wniosków z własnych błędów i
działa zupełnie nielogicznie. Złośliwy wytknąłby autorowi
antyfeministyczną postawę, ponieważ ową niszczącą siłę
reprezentuje postać kobiety, ale ja będę się trzymać własnego
zdania, że to czysty brak umiejętności i talent do spłycania.
Jeśli
już chce się sięgnąć, to z przymrużeniem oka i naprawdę
olbrzymim dystansem. I mieć świadomość, że tym razem autor nie
ironizuje. To pomaga w trzeźwej ocenie.