czwartek, 25 września 2008

Zabójstwo Buziaczka - Mehmet Murat Somer

Książek podejmującej temat transpłciowości w Polsce dosłownie za grosz. Można co prawda wymienić kilka dość ciekawych eksperymentów pisarskich – przez które rozumiem głównie biograficzne tytuły (w większości wspomnienia osób transseksualnych) – jednakże jak dotąd nie doczekała się nasza literatura trans-dzieł w dosłownym tego słowa znaczeniu. Zapewne dlatego musimy sięgać po teksty zagranicznych autorów. Co ciekawe, także z krajów, których nie podejrzewalibyśmy o queerowe zapędy.

Przyznam szczerze – gdy po raz pierwszy usłyszałem o „Zabójstwie Buziaczka”, nie mogłem uwierzyć, że tego typu historia wyszła spod ręki tureckiego autora. Przemawiał przeze mnie wtedy rodzaj nieufności, może nawet niesprawiedliwego uprzedzenia. Znikł on jednak szybko, głównie dzięki wizycie autora w Polsce. Jeszcze przed przeczytaniem książki wiedziałem, że w tym wypadku mam do czynienia z człowiekiem niezwykle otwartym.

Jednakże – jak wiadomo – podczas zaznajamiania się z treścią książki, należy zdystansować się do autora, ile tylko można. Dlatego dopiero po odsunięciu na bok prywatnych sympatii byłem gotowy zmierzyć się z najnowszym kryminałem Mehmeta Murata Somera.

Ciekawa to historia. Rzut oka na stambulski trans-światek (głównie z perspektywy jednej z jego członkiń) – raj dla transwestytów, transgenderystów, może niekiedy i transseksualistów, a także tych nie do końca płciowo określonych, pozostających pomiędzy. Świat opanowany przez zabawę, kluby i, nie ma co ukrywać, prostytucję. Świat, którym pewnego dnia wstrząsa wiadomość o morderstwie. I chociaż tego typu wypadki zdarzały się wcześniej – Turcja podobnie do większości krajów na świecie nie jest wolna od transfobii – kulisy morderstwa i niektóre poszlaki sugerują, że zbrodnia nie należy do typowych i kryje się za nią coś więcej.

Buziaczek – tytułowa ofiara – na pewno nie podzielił losu setek przypadkowo zabitych prostytutek. Tak przynajmniej sądzi główna bohaterka (i jednocześnie narratorka) powieści – kobieta dla siebie i w większość nocy, na co dzień (jako mężczyzna) pracownik firmy informatycznej – bez wątpienia rewolucyjna postać w historii światowego kryminału. Detektyw-transwestyta.

Wrażenia z lektury wyniosłem zdecydowanie pozytywne. Dobrze było przeczytać coś o znanych sobie zjawiskach w kulturze, której właściwie w ogóle się nie zna. Książka jako kryminał nie do końca przekonująca, ale na pewno potrafi utrzymać czytelnika w napięciu.

„Zabójstwo Buziaczka” to jednak coś więcej. To opowieść o inności, hipokryzji, społecznym zakłamaniu, dekadencji, a nade wszystko o ludzkiej naturze i niemożności jej ujarzmienia. To ponadto umiejętna gra konwenansami, genialne spojrzenie na stereotypowość męskości i kobiecości oraz ironiczno-groteskowa wizytówka tureckiego świata tzw. „branży”.

Istny smaczek.  

piątek, 5 września 2008

Zapamiętane w ciele - Shauna Baldwin Sighn

Wraz z manią na indyjskie kino (tzw. Bollywood), która rozpoczęła się w Polsce dobre kilka lat temu – i chyba można pokusić się o stwierdzenie, że szczyt popularności ma właściwie za sobą – do naszego kraju przywędrowały książki o tematyce dalekowschodniej. Przykładem tego typu literatury jest powieść autorstwa Shauny Singh Baldwin „Zapamiętane w ciele”.

Zaczyna się niemalże tradycyjnie. Od narodzin, czyli początku właściwie każdej ludzkiej historii. Jednakże już na wstępie napotykamy pewnego rodzaju niespodziankę. A mianowicie, dziecko wcale nie przeżywa przyjścia na świat po raz pierwszy. Zgodnie z hinduskimi (a może powinienem je określić mianem indyjskich) wierzeniami dusza nowo narodzonej istoty dobrze pamięta swoje poprzednie wcielenie i wielce ubolewa nad faktem, że bogowie postanowili zdegradować je w randze bytów. Nastąpiło cofnięcie w procesie samodoskonalenia. Urodziła się dziewczynka.

Tytuł i wspomniany wstęp sugerują, że całość będzie opowieścią wyłącznie biograficzną, jednakże nic bardziej mylnego. „Zapamiętane w ciele” jest bowiem doskonałym warsztatowo (co zasługa zapewne nie tylko autorki, ale także tłumacza – Michała Juszkiewicza) historycznym portretem dziejów Indii po roku 1937, ze szczególnym uwzględnieniem powstania państwa Pakistan i konsekwencji tej niekoniecznie rozsądnej politycznie decyzji.

Ponadto – co również zawdzięczamy świetnemu przygotowaniu teoretycznemu pani Baldwin – powieść wnika wewnątrz kultury sikhijskiej (tej nie zawsze dostrzeganej i wręcz przyćmiewanej przez hinduską), badając ją przede wszystkim od strony tzw. „genderu” (nasz rodzimy, europejski termin niekoniecznie idealnie oddaje problematykę, ale dość dobrze ją określa). Zobaczymy w książce problemy kobiet (szczególnie w porównaniu do mężczyzn) oraz, co niektórych może zaciekawić, przyjrzymy się człowiekowi wrastającemu w kulturę, który dopiero po bezrefleksyjnym dzieciństwie zdaje sobie sprawę z tego, że nie zawsze da się być sobą.

O tym właśnie przekona się główna bohaterka powieści – szesnastoletnia Rup, której ojciec jest zmuszony z powodu kłopotów finansowych wydać córkę za mąż za ponad dwa razy starszego od niej Sardadźiego. Jakby tego było mało, dziewczyna będzie jego drugą żoną, ponieważ pierwsza – Satja – nie spełniła najważniejszego zadania sikhijskiej kobiety – nie potrafiła urodzić swojemu małżonkowi ani jednego dziecka. Dla Rup ma się odtąd rozpocząć życie pełne rozczarowań i strachu. Satja nie ma zamiaru tak łatwo oddać wszystkich należnych jej przywilejów młodszej od siebie o ponad dwadzieścia lat nastolatce. Za żadną cenę.

Niestety zwady pomiędzy małżonkami i nie do końca przemyślany trójkąt nie są jedynymi problemami rodziny Sardadźiego. W kraju wrze. Konflikty między hindusami, sikhami, a muzułmanami przy jednoczesnej jurysdykcji Anglików przybierają makabryczne rozmiary. Nawet mądrości Mahatmy Gandhiego przestają powoli przemawiać ludziom do rozumu. Można powiedzieć, że Indie znajdują się o krok od wojny. Wojny właściwie religijnej, w której najbardziej ucierpią sikhowie, ponieważ – jak zwykle zresztą – nikt ich tak naprawdę nie dostrzega.

Historię młodej Rup można czytać na kilka sposobów. Dla jednych będzie to tylko i wyłącznie powieść obyczajowa, swoiste indyjskie love story na miarę „Przeminęło z wiatrem”. Drudzy dostrzegą, być może, więcej i podobnie do mnie wyniosą z lektury chociaż minimum wiedzy kulturoznawczej i historycznej. Co prawda autorka dawkuje to drugie miejscami dość drastycznie, ale warsztat pisarski i niebanalna fabuła czynią z „Zapamiętane w ciele” książkę, do której na pewno warto zajrzeć.

Dla zainteresowanych Indiami jest to natomiast pozycja obowiązkowa.