O
kobiecie, która z patriarchatem przystawała
Kliniki
chirurgii plastycznej to dość specyficzne miejsca, z równie
specyficzną klientelą i personelem. „Transseksmisja” Tatiany
Szkapienko przedstawia oczami pani manager kaliningradzką „Brazylię”
właśnie w taki sposób. Opis na czwartej stronie okładki pozwala
sobie na następujące słowa: „To miejsce, gdzie w atmosferze
erotyczno-filozoficznej dojrzewa niejedna, bardzo europejska love
story, której bohaterowie na własnej skórze mogą poznać różnice
pomiędzy G, a G-8”.
Czy
rzeczywiście „erotyczno-filozoficznej”? Nazwałbym to raczej
tandetną próbą filozofowania z pornograficznym ujęciem.
Pornograficznym, zaznaczę, z nieciekawego, w zasadzie przeżytego
już spojrzenia. Narratorka „Transseksmisji” wszelkie swoje
refleksje koncentruje wokół wulgarnej męskości, jedynego atrybutu
tworzącego według niej obraz mężczyzny (miałem ochotę użyć tu
słowa „samiec”) – penisa. Uwarunkowaniu tego spojrzenia
sprzyjają być może klienci i klientki ośrodka. Jak twierdzi sama
opowiadająca – do „Brazylii” ściągają przede wszystkim
polscy mężczyźni niezadowoleni z rozmiarów swoich członków i
greckie transkobiety, ewidentnie uzależnione od skalpela.
Wspomniany
fallogocentryzm przybiera w książce śmieszną, niekiedy nawet
przerażającą postać. W zasadzie każde zjawisko społeczne w
jakiś sposób odnosi się do „najważniejszego artefaktu
europejskiej kultury” (pozwolę sobie sarknąć). Spotkamy tu zatem
„ważny nawyk połykania”, „bezfacecie” i wiele wzmianek
odnośnie „ubywania penisów” w postaci niewybrednych, mało
wyrafinowanych żartów na temat transseksualistek, które nie tylko
„stanowczo przedkładają waginę nad penisa”, lecz także śmią
to robić nawet, kiedy zagrożone jest prawidłowe funkcjonowanie ich
narządów, co niekiedy kończy się brakiem czucia w miejscach
intymnych. Jak sama narratorka spostrzega: „To po cholerę (…) te
wszystkie transformacje płciowe, jeśli traci się przez nie orgazm
– jedyną bezpłatną rozkosz, która zawsze jest pod ręką?”, a
człowiekowi świadomemu seksualnie (i płciowo) pozostaje jedynie
załamać się z powodu tej pseudofilozofii wartości.
Praca
w „Brazylii” jest dla managerki (z czystej złośliwości
pozwalam sobie na termin, który narratorka uznałaby za skrajnie
feministyczny) swego rodzaju pretekstem do niezbyt głębokich
przemyśleń, zwłaszcza tych odnoszących się do narodowości i
współpracy międzypaństwowej. Naturalnie większość z nich nie
schodzi z tematyki „członkowej”. Znajdziemy tu zatem uwagi
odnośnie potrzeby „doerekcjonowania” języka polskiego,
problemów identyfikacji wyrażonych w polskich nazwach męskich
organów płciowych i inne, równie przeseksualnione dywagacje. I
wszystko to może i mogłoby być zabawne, ale tylko jeśli
przyjęłoby postać półstronicowego artykułu w tygodniku „Nie”.
Temat
chirurgii plastycznej przedstawiono kpiąco i zupełnie chłodno, co
w obliczu sporej ilości wtrąceń niby-filozoficznych dziwi. Tym
bardziej, że w ciągu ostatnich kilku lat drastycznie wzrosła
liczba osób uzależnionych od tego typu zabiegów. Wspomniany brak
przyjąłem ze szczerym zdziwieniem. Płeć i seks pod skalpelem tak,
ale sam skalpel już nie?
Całościowe,
stereotypowo męskie myślenie narratorki przeraża (przynajmniej
mnie). Głównie dlatego, że nie ma na celu prezentacji żadnej
feministycznej nowej jakości, ale wprost tandetnie powtarza schematy
z płytkim odwróceniem podmiotu. Szczerze powiedziawszy, byłem
przekonany, że tego typu narracje znikły w Polsce wraz z końcem
lat dziewięćdziesiątych. Najwyraźniej się myliłem. A szkoda.