Trwa wojna. Wielka,
niewytłumaczona, niejasna, dziwaczna wojna. W tym jakże
niecodziennym zjawisku bierze udział nieustraszony oddział w
większości złożony z chłopców – farmerów. Zaraz... Jakich
znów chłopców? Toż to chłopy, żadne dzieciaczki. Banda facetów
o uroczych przezwiskach: Kurczak, Myszak, Wielki Bill, Przygięty
Mick, Red oraz oszczędzeni, nazywani własnymi imionami Lloyd i
Snowy – jedyny czarnoskóry w drużynie zdziczałych białasów.
Na szczęście od
żołnierzy nikt nie żąda inteligencji na poziomie wyższym niż
minimum potrzebne do umiejętnego przeładowania i wycelowania
karabinu, dlatego właśnie ci chłopcy, nasi zatopieni w burdelowych
marzeniach i ojczyźnianych wspomnieniach bohaterowie, mogą spać
spokojnie. Na pewno sobie poradzą. W obliczu zagrożenia drużyna
nigdy nie zawodzi, każdy jest w stanie zginąć za brata w boju. Nie
ma takiej możliwości, by nie sprostać postanowionemu przez
dowództwo zadaniu. Chyba, że ktoś postanowi o dezercji.
Lecz z jakiego powodu?
Wszak co może być ważniejsze i bardziej prestiżowe od wiecznej
chwały zapewnionej każdemu wojakowi dającemu sobie rozwalić łeb
za władcę? Czy żołnierz może pragnąć więcej niż
nieoznaczonego miejsca pochówku, gdzie poległ w imię ideałów,
których nigdy nie zrozumiał? Oczywiście. Musi mieć tylko dobry
powód. A, jak wiemy, takowy zawsze się znajdzie. I oto Myszak
przybywa z jednowyrazową wieścią. Złoto. Niemalże na
wyciągnięcie ręki, aż się prosi, by podążyć za wiozącymi je
ludźmi. Być może jest to oddział wroga i ucieczka z pola walki
ujdzie wszystkim na sucho? Oddział długo sie nie zastanawia.
Zaczyna się wyprawa. Męcząca podróż naszpikowana niepokojącymi
spotkaniami. Sunące po niebie stworzenia nie z tej ziemi, istoty
znane z europejskich i azjatyckich legend, trafne, parodystyczne
aluzje do jedynej i słusznej religii, a przede wszystkim wyjątkowo
ironiczne zrządzenia losu – aż tyle przeszkód muszą pokonać
bohaterowie książki „Za króla, ojczyznę i garść złota”,
zanim będą w stanie osiągnąć cel podjętej przez nieznany ląd
przeprawy.
Trudno jednoznacznie
ocenić pracę duetu Brzezińska – Wiśniewski. Z jednej strony
pomysł wydaje się ciekawy, sam szkic, czy też szkielet pierwszej
(z trzech) opowieści cyklu „Wielka Wojna” sprawa wrażenie
intrygującego. Ostateczna wersja (książkowa) trąci
bezpośredniością – dobry wybór dla czytelnika, który uwielbia
wszystko podane na tacy. Nie tego wymagam od fantastyki. Wolę, gdy
książka zainteresuje mnie tematem na tyle, że po przeczytaniu (a
nawet i w trakcie!) sięgnę do publikacji z gatunku „tych
mądrych”, by wyłowić pewne fakty, które pojawiły się w
lekturze.
Odrzucając na moment
maskę ironicznego, wiecznie niezadowolonego pseudokrytyka, muszę
przyznać, że jako parodia - „Za króla, ojczyznę i garść
złota” wypada ciekawie. Inaczej niż znane mi parodystyczne
opowieści o wojnie, walce i, powiedzmy, szeroko pojętym
patriotyzmie. Pod tym względem książka wydaje się świeża, bez
oklepanych motywów, miejscami błyskotliwa i, jako fantastyka, godna
polecenia. Oczywiście, jeśli jest parodią. Oj, biada mi, jeśli
się mylę. Biada.