poniedziałek, 30 listopada 2009

Stukostrachy - Stephen King

Diabeł nie tak straszny, jak go opisują

W zeszłym roku wydawnictwo Prószyński i s-ka uraczyło nas kolejną edycją jednej z książek najbardziej płodnego twórcy horrorów wszech czasów. Podszedłem do tego pomysłu z entuzjazmem, mając w pamięci nastoletni okres mojego życia, kiedy to w zasadzie w ogóle nie rozstawałem się z jego pracami. Sięgnąłem, zatem, po – przypominające grubością już w zasadzie antyczne książki telefoniczne – „Stukostrachy”. I z przykrością muszę wyznać, że się rozczarowałem. Na pocieszenie mogę dodać jedynie tyle: nie nastąpiło to na samym początku.

Pierwsze rozdziały książki – zgodnie z konwencją – zapowiadają prawdziwą, znaną już większości czytelników kingowską grozę. Główna bohaterka – pisarka dobrze sprzedających się westernów – Roberta Anderson (w skrócie nazywana Bobby) mieszka w cichym, raczej leniwym miasteczku New Haven, gdzieś w stanie Maine. Razem ze swoim wiernym towarzyszem, psem Peterem, prowadzi niewielką farmę, tworzy kolejne kowbojskie historie – innymi słowy relaksuje się z dala o swojej toksycznej siostry, zatruwającej życie reszcie rodziny. Od czasu do czasu jej myśli kierują się też ku staremu przyjacielowi – Jimowi Gardenerowi – poecie i wykładowcy, którego policja określa mniej wzniosłym mianem „alkoholika strzelającego do własnej żony”.

Nadchodzi jednak dzień zmian. Podczas leśnego spaceru z Peterem Bobby potyka się o dziwny, najwyraźniej metalowy przedmiot. Od czasu tego kontaktu zaczyna zachowywać się coraz mniej racjonalne, coś przejmuje nad nią kontrolę. I choć stopniowo traci kontrolę nad własnym umysłem, wie jedno – musi odkopać to, co znalazła w lesie. Tam zdaje się przebywać tajemnicza siła, najwyraźniej oczekująca odkrycia. Szał wiedzy niedługo zaczyna ogarniać całe miasteczko, ludzie przekonują się, że potrafią konstruować urządzenia, o których nigdy by nie pomyśleli. Miasteczko zaczyna powoli ewoluować w zjednoczoną, prawdziwie „wspólną” społeczność. A przyświeca im tylko jeden cel: zmieniać. Samo Haven przeistacza się w swoistą enklawę. Nikt nie może go opuścić, ani do niego wkroczyć. Pod groźbą śmierci. A wszystko to przez ogromną, zakopaną w lesie konstrukcję.

„Stukostrachy”, które swój oryginalny, angielski tytuł wzięły z amerykańskiej dziecięcej wyliczanki, konwencją przypominają coś w rodzaju horroru, jednak trudno nazwać je thrillerem. Momenty grozy – jak już wspomniałem – występują w kilku początkowych rozdziałach. Potem zaczyna się robić drętwo, do tego stopnia, że odłożenie książki bywa naprawdę zrozumiałe. Być może wina leży po stronie czasów – rzeczy wywołujące przerażenie w połowie lat osiemdziesiątych, dzisiaj nie robią na nas aż takiego wrażenia, z drugiej strony zawinić mogła też objętość. Trudno utrzymać napięcie przez sześćset stron. Tak obszerny materiał nie jest wolny od męczących powtórek, a one rzeczywiście nie gwarantują pożądanej w tym przypadku atmosfery horroru.

Przyzwyczailiśmy się jednak do tego, że książki Stephena Kinga rekompensują nam epizodyczne dłużyzny znakomitym, wręcz eksplodującym finałem. „Stukostrachy” pod tym względem rozczarowują. Co prawda nawiązują tym samym do przewidywalności wpisanej na stałe w niektóre gatunki horroru, jednak mimo wszystko od mistrza niekonwencjonalności wymaga się czegoś zupełnie innego.


Z przykrością potwierdzam wcześniejsze słowa – zawiodłem się.

środa, 21 października 2009

Transseksmisja - Tatiana Szkapienko

O kobiecie, która z patriarchatem przystawała

Kliniki chirurgii plastycznej to dość specyficzne miejsca, z równie specyficzną klientelą i personelem. „Transseksmisja” Tatiany Szkapienko przedstawia oczami pani manager kaliningradzką „Brazylię” właśnie w taki sposób. Opis na czwartej stronie okładki pozwala sobie na następujące słowa: „To miejsce, gdzie w atmosferze erotyczno-filozoficznej dojrzewa niejedna, bardzo europejska love story, której bohaterowie na własnej skórze mogą poznać różnice pomiędzy G, a G-8”.

Czy rzeczywiście „erotyczno-filozoficznej”? Nazwałbym to raczej tandetną próbą filozofowania z pornograficznym ujęciem. Pornograficznym, zaznaczę, z nieciekawego, w zasadzie przeżytego już spojrzenia. Narratorka „Transseksmisji” wszelkie swoje refleksje koncentruje wokół wulgarnej męskości, jedynego atrybutu tworzącego według niej obraz mężczyzny (miałem ochotę użyć tu słowa „samiec”) – penisa. Uwarunkowaniu tego spojrzenia sprzyjają być może klienci i klientki ośrodka. Jak twierdzi sama opowiadająca – do „Brazylii” ściągają przede wszystkim polscy mężczyźni niezadowoleni z rozmiarów swoich członków i greckie transkobiety, ewidentnie uzależnione od skalpela.

Wspomniany fallogocentryzm przybiera w książce śmieszną, niekiedy nawet przerażającą postać. W zasadzie każde zjawisko społeczne w jakiś sposób odnosi się do „najważniejszego artefaktu europejskiej kultury” (pozwolę sobie sarknąć). Spotkamy tu zatem „ważny nawyk połykania”, „bezfacecie” i wiele wzmianek odnośnie „ubywania penisów” w postaci niewybrednych, mało wyrafinowanych żartów na temat transseksualistek, które nie tylko „stanowczo przedkładają waginę nad penisa”, lecz także śmią to robić nawet, kiedy zagrożone jest prawidłowe funkcjonowanie ich narządów, co niekiedy kończy się brakiem czucia w miejscach intymnych. Jak sama narratorka spostrzega: „To po cholerę (…) te wszystkie transformacje płciowe, jeśli traci się przez nie orgazm – jedyną bezpłatną rozkosz, która zawsze jest pod ręką?”, a człowiekowi świadomemu seksualnie (i płciowo) pozostaje jedynie załamać się z powodu tej pseudofilozofii wartości.

Praca w „Brazylii” jest dla managerki (z czystej złośliwości pozwalam sobie na termin, który narratorka uznałaby za skrajnie feministyczny) swego rodzaju pretekstem do niezbyt głębokich przemyśleń, zwłaszcza tych odnoszących się do narodowości i współpracy międzypaństwowej. Naturalnie większość z nich nie schodzi z tematyki „członkowej”. Znajdziemy tu zatem uwagi odnośnie potrzeby „doerekcjonowania” języka polskiego, problemów identyfikacji wyrażonych w polskich nazwach męskich organów płciowych i inne, równie przeseksualnione dywagacje. I wszystko to może i mogłoby być zabawne, ale tylko jeśli przyjęłoby postać półstronicowego artykułu w tygodniku „Nie”.

Temat chirurgii plastycznej przedstawiono kpiąco i zupełnie chłodno, co w obliczu sporej ilości wtrąceń niby-filozoficznych dziwi. Tym bardziej, że w ciągu ostatnich kilku lat drastycznie wzrosła liczba osób uzależnionych od tego typu zabiegów. Wspomniany brak przyjąłem ze szczerym zdziwieniem. Płeć i seks pod skalpelem tak, ale sam skalpel już nie?


Całościowe, stereotypowo męskie myślenie narratorki przeraża (przynajmniej mnie). Głównie dlatego, że nie ma na celu prezentacji żadnej feministycznej nowej jakości, ale wprost tandetnie powtarza schematy z płytkim odwróceniem podmiotu. Szczerze powiedziawszy, byłem przekonany, że tego typu narracje znikły w Polsce wraz z końcem lat dziewięćdziesiątych. Najwyraźniej się myliłem. A szkoda.

środa, 9 września 2009

Czterdzieści twardych - Barbara Stanisławczyk

Nie „ludzie ludziom” a „człowiek człowiekowi”

Choć główna idea upamiętniania tragedii Holokaustu (i całej II wojny światowej) rezonuje wokół hasła „Nigdy nie zapomnij” (Never forget), nie możemy wiecznie liczyć na zbiorową pamięć ludzkości. Ona przecież – zupełnie jak wspomnienia pojedynczych osób – bywa zdradliwa, lubi łagodzić, litować się, niekiedy zacierać bezpowrotnie i niknąć wobec nadmiaru wiecznie powracających wrażeń. Właśnie dlatego tuż po zakończeniu wojny, w 1946 roku ukazało się pierwsze wydanie „Medalionów” Zofii Nałkowskiej, a w kolejnych latach przybywało publikacji na ten temat. Zbierane świadectwa – niczym blizny po ledwo zagojonych ranach bitewnych – miały zapewnić okropnościom tamtych wydarzeń wieczną obecność.

Mijają jednak lata, zmieniają się ludzie, historia zaś odchodzi na swoje zasłużone miejsce – przyjmuje postać zakurzonych książek w bibliotece i łatwo zapominanych dat. Staje się nudna, nieciekawa, a nade wszystko zaczyna się ją uważać za niepotrzebną. Znów pojawiają się nastroje antysemickie, aktywują ruchy neonazistowskie, masowa pogarda dla inności i lęk przed drugim człowiekiem. Dlatego właśnie potrzebujemy ciągłych wznowień literatury traktującej o czasach Holokaustu, zwłaszcza tej przyjmującej postać relacji naocznych świadków, świadectwa zwyczajnych niemających wiele wspólnego z wojskiem ludzi, których – być może – wojna dotknęła najbardziej.

Właśnie takim wznowieniem jest wydana w 2008 roku przez Rebis książka Barbary Stanisławczyk, która po raz pierwszy na polskim rynku ukazała się jedenaście lat wcześniej. „Czterdzieści twardych” to prawdziwe historie Polaków i Żydów uwikłanych w wojnę, opowieści o ocaleniu, pomocy, koszmarze ucieczki i prawdziwości ludzkiej natury. Stanisławczyk nie unika bolesnych faktów, otwarcie wspomina o Żydach, którzy wiele lat później nie docenili udzielonej pomocy, Polakach i Ukraińcach donoszących w zasadzie na każdego, bezmyślnych morderstwach i koszmarnym materializmie niektórych (tytułowe „Czterdzieści twardych” to dwie złote dolarówki przechowane przez jednego z bohaterów mimo głodu i widma śmierci) – przedstawia ludzi, nie grupy, a do każdego ze swoich bohaterów podchodzi ze zrozumieniem i cierpliwością godną profesjonalnej dziennikarki. Jak sama wspomina we wstępie: „Ta wojna zdemaskowała człowieka. Jakiegoś Żyda, jakiegoś Niemca, Rosjanina, Ukraińca, Łotysza, Litwina... To nie narody były dobre albo podłe, bohaterskie lub tchórzliwe... tylko konkretni ludzie.”

Książka Barbary Stanisławczyk stanowi przejmujący portret istoty ludzkiej potęgowany przez żywą, a jednocześnie prawdziwą narrację. Umiejętności autorki pozwoliły słowom bohaterów zaistnieć, podczas lektury czytelnik niemal obcuje z żywymi ludźmi, co ułatwiają także zdjęcia oraz fragmenty późniejszej korespondencji pomiędzy ocalałymi, a ich wybawicielami. Wspomnienia przeplatają się z cytatami z prac zarówno biograficznych (i podobnie jak „Czterdzieści twardych” autentycznych), jak i naukowych, chociażby biuletynów Żydowskiego Instytutu Historycznego z lat pięćdziesiątych, dzięki czemu mogą przemówić pozycje już zapewne zapomniane takie jak „Czy ja jestem mordercą” Calela Perechodnika (wydana ostatnio w 1995) czy „Na łące popiołów” Barbary Engelking (1993).

Podczas lektury miałem nieodparte wrażenie, że czytam o czymś, czego większość Polaków boi się wspominać. O braku jednej, skrystalizowanej historycznej narracji, który mógłby zaszkodzić utrwalanemu od końca wojny bohaterskiemu wizerunkowi Polski okresu okupacji. Z drugiej strony nie ma w książce Stanisławczyk ani krzty przesady. Nie odbiera się głosu bohaterom, gdy wspominają o niesprawiedliwości nazywania Auschwitz-Birkenau polskim obozem zagłady. Opowiada się historie tak, jak się potoczyły, a właściwie jak je zapamiętano.


Autorka do końca zachowuje dziennikarski obiektywizm, nie ocenia, nie przeinacza. Pisze po prostu o ludziach, których pewne wydarzenia zmusiły do działania, do pomocy drugiemu człowiekowi. Wartość tego sposobu przedstawiania historii docenił Polski Oddział Stowarzyszenia Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, od którego Barbara Stanisławczyk otrzymała legitymację Honorowego Członka i Jubileuszowy Krzyż Zasługi. Mi pozostaje jedynie dodać, że potrzebujemy na naszym rynku wydawniczym więcej tego typu narracji.

poniedziałek, 30 marca 2009

Radykalna ewolucja - Joel Garreau

O nauce nie do końca uczonej

Od bardzo dawna, przyznam z wielkim wstydem, nie miałem w ręku książki poświęconej naukom innym niż te z gatunku humanistycznych. To był właśnie – paradoksalnie – powód, dla którego postanowiłem przyjrzeć się książce Joela Garreau. Zachęcił mnie przede wszystkim tytuł. W mojej świadomości wciąż przebrzmiewają echa niedawnej politycznej debaty konfrontującej ewolucjonistów z kreacjonistami, co okazało się częściowo trafną motywacją do sięgnięcia po wspomnianą pracę. Z tą różnicą, że podstawowe pytania nie kwestionują już teorii ewolucji samej w sobie, teraz ludzkość zastanawia się, czy (a może wręcz „kiedy”?) człowiek i maszyna mogą stać się wspólnym, kontrolującym własny rozwój gatunkiem.

„Czy człowiek udoskonalony przez naukę i technikę będzie jeszcze człowiekiem?” – brzmi dramatycznie podtytuł, a ja nie mogę dostosować się do wyraźnie filozoficznej treści. Forma nieco mi nie odpowiada. Jednak rzut oka na oryginalny tytuł od razu zmienia postać rzeczy. Tam najważniejsza część postawionej tezy brzmi o wiele poważniej: „Co to znaczy być człowiekiem?”. I jest to, wydaje mi się, doskonały punkt wyjścia, by zastanowić się nad tym, jaką właściwie formę stosuje autor, żeby wyłuskać to, co w tym temacie istotne.

Tak naprawdę trudno ocenić, czy „Radykalną ewolucję” można nazwać pracą naukową. Strukturalnie być może – tekst podzielono na rozdziały, a do każdego z nich dołączono setki przypisów, a bibliografia też wydaje się imponująca – jednak forma podawcza (wtręty fabularne, wyjątkowo wartościujące opinie, pojawianie się odautorskiego, autobiograficznego „ja”) sugerowałaby prędzej popularnonaukowy esej. Sam autor nie traktuje pracy w sposób ściśle akademicki – we wstępie zaznacza, że chce dotrzeć do tzw. „przeciętnego czytelnika”, stąd forma. Muszę przyznać, że podoba mi się ten zamysł, ma znamiona dawno zapomnianego pozytywizmu, pracy u podstaw i misji kształcenia. Niestety, wątpię, czy na pewno każdy czytelnik uzna krzywą zmian za konieczne pojęcie w niełatwej codziennej egzystencji.

Zapewne z tego powodu Garreau zrezygnował z wprowadzania dużej ilości pojęć związanych z interesującymi go dziedzinami wiedzy. Dzięki temu książka wprowadza zrozumiałe dla każdego opisy terminów technologicznych, ekonomicznych i innych. Taki zabieg pozwala łatwo wprowadzić właściwą treść pracy – scenariusze zmian technologicznych. „Radykalną ewolucję” można nazwać tekstem „przypuszczeniowym”, prawie profetycznym. Autor zapoznaje czytelnika z kilkoma znakomitościami amerykańskiej nauki (chodzi oczywiście o ścisłe dyscypliny, humanities nie mają w tekście szerokiej reprezentacji), które dzielą się swoimi przewidywaniami na kolejny wiek. Różne spojrzenia wprowadzają równie różne scenariusze przyszłości. Od najbardziej pesymistycznych przez dość obojętne, aż do rajskiego, wyraźnie idyllicznego. Autor nie stara się przekonać czytelnika do stawianych przez siebie i swoich rozmówców tez, pozostawia możliwość wyboru najciekawszej wizji. Albo obojętności, ustosunkowanie się do treści (i wizji przyszłości) nie jest przecież obowiązkowe.

Chociaż Joel Garreau uważa swoją pracę za odpowiednią dla każdego, nie mogę się z tym zgodzić. Potrzeba jednak chociaż minimalnego zainteresowania, jeśli nie technologią, to przynajmniej przyszłością rodzaju ludzkiego. Dla tych, którzy nie czują się w obowiązku wobec przyszłości, pozostają jedynie ciekawe informacje nt. amerykańskich naukowców, zatrudniających ich instytucji i planów rozwoju amerykańskiej armii.
Polecam zainteresowanym, a wahającym się zalecam przemyślenie, czy rzeczywiście warto. Książka może zmęczyć, jeśli się do niej odpowiednio nie podejdzie.