Nie
„ludzie ludziom” a „człowiek człowiekowi”
Choć
główna idea upamiętniania tragedii Holokaustu (i całej II wojny
światowej) rezonuje wokół hasła „Nigdy nie zapomnij” (Never
forget),
nie możemy wiecznie liczyć na zbiorową pamięć ludzkości. Ona
przecież – zupełnie jak wspomnienia pojedynczych osób – bywa
zdradliwa, lubi łagodzić, litować się, niekiedy zacierać
bezpowrotnie i niknąć wobec nadmiaru wiecznie powracających
wrażeń. Właśnie dlatego tuż po zakończeniu wojny, w 1946 roku
ukazało się pierwsze wydanie „Medalionów” Zofii Nałkowskiej,
a w kolejnych latach przybywało publikacji na ten temat. Zbierane
świadectwa – niczym blizny po ledwo zagojonych ranach bitewnych –
miały zapewnić okropnościom tamtych wydarzeń wieczną obecność.
Mijają
jednak lata, zmieniają się ludzie, historia zaś odchodzi na swoje
zasłużone miejsce – przyjmuje postać zakurzonych książek w
bibliotece i łatwo zapominanych dat. Staje się nudna, nieciekawa, a
nade wszystko zaczyna się ją uważać za niepotrzebną. Znów
pojawiają się nastroje antysemickie, aktywują ruchy
neonazistowskie, masowa pogarda dla inności i lęk przed drugim
człowiekiem. Dlatego właśnie potrzebujemy ciągłych wznowień
literatury traktującej o czasach Holokaustu, zwłaszcza tej
przyjmującej postać relacji naocznych świadków, świadectwa
zwyczajnych niemających wiele wspólnego z wojskiem ludzi, których
– być może – wojna dotknęła najbardziej.
Właśnie
takim wznowieniem jest wydana w 2008 roku przez Rebis książka
Barbary Stanisławczyk, która po raz pierwszy na polskim rynku
ukazała się jedenaście lat wcześniej. „Czterdzieści twardych”
to prawdziwe historie Polaków i Żydów uwikłanych w wojnę,
opowieści o ocaleniu, pomocy, koszmarze ucieczki i prawdziwości
ludzkiej natury. Stanisławczyk nie unika bolesnych faktów, otwarcie
wspomina o Żydach, którzy wiele lat później nie docenili
udzielonej pomocy, Polakach i Ukraińcach donoszących w zasadzie na
każdego, bezmyślnych morderstwach i koszmarnym materializmie
niektórych (tytułowe „Czterdzieści twardych” to dwie złote
dolarówki przechowane przez jednego z bohaterów mimo głodu i widma
śmierci) – przedstawia ludzi, nie grupy, a do każdego ze swoich
bohaterów podchodzi ze zrozumieniem i cierpliwością godną
profesjonalnej dziennikarki. Jak sama wspomina we wstępie: „Ta
wojna zdemaskowała człowieka. Jakiegoś Żyda, jakiegoś Niemca,
Rosjanina, Ukraińca, Łotysza, Litwina... To nie narody były dobre
albo podłe, bohaterskie lub tchórzliwe... tylko konkretni ludzie.”
Książka
Barbary Stanisławczyk stanowi przejmujący portret istoty ludzkiej
potęgowany przez żywą, a jednocześnie prawdziwą narrację.
Umiejętności autorki pozwoliły słowom bohaterów zaistnieć,
podczas lektury czytelnik niemal obcuje z żywymi ludźmi, co
ułatwiają także zdjęcia oraz fragmenty późniejszej
korespondencji pomiędzy ocalałymi, a ich wybawicielami. Wspomnienia
przeplatają się z cytatami z prac zarówno biograficznych (i
podobnie jak „Czterdzieści twardych” autentycznych), jak i
naukowych, chociażby biuletynów Żydowskiego Instytutu
Historycznego z lat pięćdziesiątych, dzięki czemu mogą przemówić
pozycje już zapewne zapomniane takie jak „Czy ja jestem mordercą”
Calela Perechodnika (wydana ostatnio w 1995) czy „Na łące
popiołów” Barbary Engelking (1993).
Podczas
lektury miałem nieodparte wrażenie, że czytam o czymś, czego
większość Polaków boi się wspominać. O braku jednej,
skrystalizowanej historycznej narracji, który mógłby zaszkodzić
utrwalanemu od końca wojny bohaterskiemu wizerunkowi Polski okresu
okupacji. Z drugiej strony nie ma w książce Stanisławczyk ani
krzty przesady. Nie odbiera się głosu bohaterom, gdy wspominają o
niesprawiedliwości nazywania Auschwitz-Birkenau polskim obozem
zagłady. Opowiada się historie tak, jak się potoczyły, a
właściwie jak je zapamiętano.
Autorka
do końca zachowuje dziennikarski obiektywizm, nie ocenia, nie
przeinacza. Pisze po prostu o ludziach, których pewne wydarzenia
zmusiły do działania, do pomocy drugiemu człowiekowi. Wartość
tego sposobu przedstawiania historii docenił Polski Oddział
Stowarzyszenia Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, od którego
Barbara Stanisławczyk otrzymała legitymację Honorowego Członka i
Jubileuszowy Krzyż Zasługi. Mi pozostaje jedynie dodać, że
potrzebujemy na naszym rynku wydawniczym więcej tego typu narracji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz