poniedziałek, 9 lipca 2007

Pan Niepokorny, kulturowa historia penisa -David M. Friedman

Czym w dzisiejszych czasach jest penis? Wielu powiedziałoby, że organem definiującym mężczyznę. Inni nazwaliby go specyficznym dodatkiem. Dodatkiem, który, już od wielu stuleci posądzano o własne, niezależne od właściciela życie. Ale czy tak jest naprawdę?
Czy w XXI wieku – stuleciu postępu medycyny i nauki, możemy powiedzieć, że o penisie wiemy już wszystko?
Te i wiele innych intrygujących pytań stawia David M. Friedman w książce „Pan Niepokorny. Kulturowa historia penisa”. Poszukując odpowiedzi, przybliża czytelnikowi sposób widzenia penisa przez wielowiekową tradycję kultury europejskiej. Filozofia, religia, medycyna, sztuka – każda z dziedzin nauki miała swój wkład w postrzeganie męskiego organu.
Autor zabiera czytelnika w niemal 400-sto stronicową podróż przez epoki, od wczesnego średniowiecza począwszy, na XXI wieku skończywszy, udowadniając, że wbrew powszechnej opinii, każde stulecie interesowało się penisem, choć na różny sposób.
Męski organ nie zawsze uchodził za obiekt dumy. Średniowiecze w kontekście Biblii i późniejszych polowań na czarownice ochrzciło go „demoniczną pałką”. Biblia uczyniła z penisa najbardziej prywatną część ludzkiego ciała (nazywała go na swoich stronach „udem” bądź „biodrem”), a w międzyczasie Kościół uczynił z niego rzecz publiczną. Do tego stopnia, że impotencja stała się przekleństwem i zabraniała mężczyźnie wstępować w związki małżeńskie. Penis, zepchnięty do roli narzędzia służącego do kopulacji, musiał czekać kolejne wieki, by wzbudzić większe niż dotychczas zainteresowanie medyków.
Renesans – czas „skrzyni biegów”, człowiek stał się obiektem badań, choć średniowieczne twierdzenia sięgały także tutaj. Leonardo da Vinci, wykonując anatomiczne rysunki z sekcji zwłok, najwięcej rzeczowych błędów popełniał przy szkicach penisa. Sądził, a nie był w tym odosobniony, że wewnątrz penisa znajdują się dwie cewki, jedna służąca do wydalania moczu, inna do nasienia. Wciąż żywe wierzenia o „pneumie” - boskim tchu napełniającym penis podczas erekcji ostały obalone, choć nie ostatecznie. Nikt wszakże nie znał mechanizmu powstawania wzwodu.
Następne stulecia to coraz śmielsze badania, sekcje zwłok, a wreszcie – próba intelektualnego powiązania penisa nie tylko z jego właścicielem, ale również z osobami, które nigdy penisa nie posiadały. Na scenę wkroczyła psychoanaliza ze swoim twórcą – Zygmuntem Freudem na czele. On sam nazwałby penis „cygarem”, bo, jak sam twierdził, palenie cygar zaspokaja jego własny popęd falliczny. Męski organ stanął na czele zadania, przed którym nikt nigdy nie śmiałby go postawić – miał pomagać w leczeniu nerwic.
W dalszej kolejności Friedman zajmuje się opisem działalności feministek. W XX wieku po raz pierwszy o penisie zaczęły wypowiadać się osoby mające z nim tak naprawdę niewiele wspólnego. Po raz pierwszy „taran” został postawiony po drugiej strony barykady. Jako wściekły, atakujący potwór bez skrupułów. Można powiedzieć, że zupełnie zmienił oblicze, a z nim także świat płci. Przestało się mówić, że albo się penis ma, albo nie. Uważany do tej pory za synonim męskości, waleczności i odwagi, zmalał do bezwzględnego oprawcy i długo musiał walczyć o własną godność.

Końcowe rozdziały to wnikliwa analiza badań prowadzonych nad penisem. Odkrycie testosteronu i jego możliwości, przeszczepy jąder jako wątpliwa recepta na wieczną młodość, a wreszcie skuteczny sposób na dolegliwość towarzyszącą mężczyźnie od zarania dziejów. Wynalezienie Viagry – przełom w medycynie i kulturze. Do tej pory kapryśny i nie mogący stanąć na wysokości zdania Pan Niepokorny przybrał postać „opony nie do przebicia”. Znów dumny, choć tym razem dzięki medycynie, a już nie sile pneumy czy własnej wielkości, ponownie próbuje zająć godne miejsce w kulturze. Czy się uda – czas pokaże, a na razie – polecam lekturę książki Friedmana. Warto, to za mało powiedziane.

niedziela, 1 lipca 2007

Nie ma jak w domu - Mary Higgins Clark

Celia Nolan, żona wziętego adwokata – Alexa Nolana – nie wydawała się zadowolona z prezentu urodzinowego, choć mąż bardzo się postarał. Wszakże nikt nie ośmieliłby się stwierdzić, że kupno domu w uroczej okolicy z takiej okazji, to coś okropnego. Nikt poza Celią.
Nolan nie mógł wiedzieć, że jego żona mieszkała już kiedyś w tym miejscu. W domu, gdzie zastrzelono jej matkę. Wciąż miała przed oczami wyraz twarzy umierającej na jej rękach kobiety. Tamte chwile bardzo dobrze zapadły Celii w pamięć. Przecież sama pociągnęła za spust.

Liza Barton, jak wówczas nazywała się Celia Nolan, była pewna, że pistolet wystrzelił przez przypadek. Niestety, nikt nie potwierdzał tej wersji. Według jej ojczyma – Teda Cartwrighta – dziesięciolatka z zimną krwią zabiła matkę, a następnie chciała zamordować i jego. Ponieważ nie było wystarczających dowodów winy, dziewczynka została uniewinniona. Jednakże dziennikarze, jak często się zdarza, uważali, że niezawisły sąd może się mylić – dlatego gazety zrobiły z Lizy bezwzględną młodocianą morderczynię. Z tego powodu nowi prawni opiekunowie postanowili ułatwić dziewczynce start w życiu. Nadali jej nowe imię i obiecali sobie, że świat już nigdy nie usłyszy o „Małej Lizzie Borden”, jak przezywano Lizę.

Plan wydawał się doskonały. Dalecy krewni, nowe miejsce zamieszkania, nowi ludzie, z którymi można się zaprzyjaźnić, wizyty u wyrozumiałego psychologa, a przede wszystkim święty spokój – czy trzeba czegoś więcej, by wieść normalne życie?
Celia wiedziała, że poradzi sobie z przeszłością. Niestety – wszystko zmienia niespodzianka męża. Walka ze wspomnieniami nic nie daje, zwłaszcza gdy należy bać się o własne życie. W rodzinnym mieście Lizy dochodzi do zagadkowych morderstw, a wiele śladów prowadzi prosto do niej. Komu ufać? Gdzie szukać pomocy? Kluczem do niektórych pytań może okazać się przeszłość, a szczególnie okoliczności śmierci ojca Lizy...

„Nie ma jak w domu” to kolejna książka Mary Higgins Clark - autorki 23 powieści sensacyjnych, trzech zbiorów opowiadań oraz współautorki trzech książek napisanych razem z córką Carol. Okrzyknięta Królową Suspensu pisarka uszykowała czytelnikom ponad 200 stron napięcia i niespodziewanych zwrotów akcji. Zadbała nawet o wizerunek głównej bohaterki, nie spłycając go zanadto, jak mają w zwyczaju tego typu tytuły. Wszystko podane gładko, czasem może zbyt prosto, ale z drugiej strony nie należy żądać od powieści sensacyjnej zbyt wiele. Najważniejsze by zaskakiwała i ciekawiła, a tak jest w przypadku „Nie ma jak w domu”.

Celia stopniowo odkrywa nowe fakty odnośnie swojej przeszłości, policja bada sprawę zagadkowych morderstw, a w tle działa zastanawiający przestępca. Kim jest? Na co liczy? Podczas lektury czytelnik może próbować rozwikłać tę zagadkę i choćby dlatego książce Clark należy się szczególna uwaga.

Mógłbym przepuścić „Nie ma jak w domu” bez cienia krytyki, gdyby nie usterki w tłumaczeniu. Ograniczę się tylko do jednej uwagi - pewnych angielskich wyrażeń nie da się przełożyć dosłownie. W tekście wyglądają niezwykle sztucznie i obco. Być może większość czytelników nie zwróci uwagi na te niewielkie błędy, ale ja lubię czasem bywać czepialski.


Podsumowując, „Nie ma jak w domu” nadaje się na lekturę dla każdego, kto pragnie szybkiej akcji, wciągającej fabuły i tajemnicy podanych w formie „masowego koktajlu” - czyli wyjątkowo lekkostrawnej mieszanki. Po prostu miłe parę godzin wśród liter zamiast wlepiania oczu w szklany ekran. Sądzę, że przyda się wielu z nas.