środa, 29 listopada 2006

Mężczyzna od podstaw - Norah Vincent

Książka „Mężczyzna od podstaw” Nory Vincent od początku budziła kontrowersje. Zarówno ze strony mężczyzn i kobiet, ale (co ciekawe) również osób transgenderowych. Sam nie wiem dlaczego – ja przy lekturze bawiłem się świetnie.

Może na początek parę słów odnośnie faktycznego tematu książki. Chociaż zamysłem było przekonać się, czy życie mężczyzn jest tak łatwe, jak się uważa, całość przerodziła się w antropologiczną podróż nie tyle w zwyczaje płci męskiej, co ludzkości ogółem. Autorka poznała różne środowiska, w których obracają się mężczyźni (od zadymionej kręgielni do klasztoru przez grupę wsparcia włącznie), poznała istotę męskiej przyjaźni i... Otóż właśnie, i? I przekonała się, że to nie stereotypy nas ograniczają, ale sami ograniczamy się ze względu na istnienie pewnych norm ludzkich zachowań.

Norah Vincent jako „kobieta w męskiej skórze” przybliża różne typy mężczyzn: cierpiących w milczeniu prostych facetów z problemami rodzinnymi, zakonników tłamszących własną seksualność, a także „demonów” seksu, których jedynym celem życiowym jest seks z wybraną panienką. Z każdym z nich spędza odpowiednią ilość czasu, żeby odkryć, że chociaż potrafi dostosowywać się do ich towarzystwa – nie czuję się komfortowo.

O czym tak naprawdę opowiada „Mężczyzna od podstaw”? Jest to próba głębszego zrozumienia tych części kultury uznawanych za typowo „męskie”. Norah w roli Neda przygląda się uściskom dłoni, spojrzeniom i różnym innym gestom, które wydają się błahe, a naprawdę tworzą cały rytuał zachowań. To także głęboka analiza kultury Zachodu – próba odpowiedzi na pytanie, czy faktycznie kobiety i mężczyźni pochodzą z dwóch odrębnych światów, czy być może niewielkie różnice uwydatniły nagromadzone latami stereotypy.

Zadeklarowana feministka, odnosząca się do mężczyzn z dystansem i wyższością, odkrywa, co znaczy być nim w dzisiejszym świecie. To bezustanna walka z upokorzeniami i własnymi potrzebami psychicznymi – częściowo ograniczanymi przez wzorce zachowań i chęcią dostosowania się do nich. Oczywiście nie każdy mężczyzna pasuje do powyższego schematu, jednakże eksperyment nie tylko wykazał, jak bardzo kultura i kobiety mylą się w ocenie ogółu płci, pokazał również, że mężczyźni sami nie potrafią dobrze ocenić siebie.

Książka stanowi dość swobodną opowieść. Problemy przedstawionych bohaterów przeplatają się z nierzadko ironicznymi komentarzami autorki, co sprawia, że „Mężczyzny od podstaw” się nie czyta – jest się obecnym przy badaniach.


Dobra, być może nie zawsze rzetelna, a na pewno nie obiektywna, ale godna polecenia każdemu pozycja.

środa, 8 listopada 2006

Adwokat - Michael Connelly

„Adwokat” – powieść kryminalna Michaela Connelly’ego – z powodzeniem oddaje realia świata amerykańskich prawników, rządzonego nie tyle przez sprawiedliwość, co chęć zysku (zwłaszcza wielokrotnego), a także przez umiejętności doskonałego zamydlania oczu.

Michael Haller, główny bohater książki, jest adwokatem specjalizującym się zwłaszcza w tej drugiej dziedzinie. Pomaga swoim klientom otrzymywać niższe wyroki, poszukuje dziur w akcjach policji, korzystając z przeróżnych, niekiedy niekoniecznie uczciwych metod. Lubi to, co robi, ale wciąż marzy o tzw. „licencji”, czyli kliencie, który zapewni stałe zatrudnienie przy wysokiej płacy. Traf chce, że pewnego dnia Haller spotyka idealną osobę na to stanowisko, ale wkrótce nabiera co do tego sporych wątpliwości. „Zawsze bałem się, że nie będę potrafił poznać niewinnej osoby, gdy się do mnie zgłosi”. Śledztwo doprowadzi do sprawy morderstwa sprzed paru lat, co zakończy się stąpaniem po wyjątkowo kruchym lodzie i możliwością utraty nie tylko własnego życia, ale i bliskich.

Chociaż na pierwszy rzut oka pomysł prezentuje się dość ciekawe, sporo mam „Adwokatowi” do zarzucenia.

Przede wszystkim fabuła. Tak naprawdę książka staje się interesująca dopiero od połowy i także wtedy przestaje mieć wyjątkowo widoczne znamiona schematu. Początkowe rozdziały są pełne przewidywalnych scen. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że czytelnik od pierwszej strony doskonale nakreśli charakterystykę Hallera, chociaż sam tekst niewiele o nim wspomni. Pewne sprawy można po prostu wyczuć. A jednak – Connelly mimo wszystko wychodzi obronną ręką, zaskakując nieznanymi szczegółami na ostatnich kartach powieści.

Ponadto czytelnik może czuć się zdezorientowany podczas czytania. Co rusz padają nowe, wcale nie łatwe do zapamiętania nazwiska, a jeśli nie zwraca się zbytnio na nie uwagi, można napotkać problemy ze zidentyfikowaniem poszczególnych postaci. Podobnie jeśli chodzi o terminy prawnicze. Szkodzi to ogólnemu, a przecież ciekawemu zarysowi.

Wreszcie postać samego Mickeya (tak nazywają go przyjaciele) Hallera. Po lekturze pozostało mi wrażenie, że wybór narracji pierwszoosobowej nie był specjalnie szczęśliwym pomysłem. Brakowało mi głębszego spojrzenia w psychikę adwokata. Nieliczne do niej odwołania robią z powieści suchą relację, a przecież opisane w niej wydarzenia nie należą wcale do tych łatwo przyjmowanych przez ludzi. Bo czy można prawie bez uczucia stanąć wobec śmierci kogoś bliskiego? Można – a przynajmniej tak może się wydawać do... Do czasu. I to, przyznam, jest asem w rękawie autora – kompletne zaskoczenie czytelnika pod koniec powieści. Tak jakby schematyczność miała poprowadzić na zły trop.

Przechodząc do bardziej ogólnych wniosków: nie polecam „Adwokata” tym, którzy w każdej książce chcą znaleźć coś nowatorskiego czy głębszego. Podstawa tego kryminału to jego fabuła. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jest wprost stworzona do filmowej adaptacji. Oczywiście nie przesądza to o całości jako katastrofie. Pomimo wszystkich minusów książka ma swój urok, chociażby ze względu na fakt, że dość ironicznie odnosi się do amerykańskiego systemu sprawiedliwości.

Na koniec pozwolę sobie zacytować dowcip, który na pewno zostanie w głowie najdłużej z całej powieści:

Jaka jest różnica między sumem a adwokatem? Jedno to bydle żerujące w mętnej wodzie, a drugie to ryba.