„Nastały złe czasy. Dzieci nie słuchają rodziców i każdy
pisze książkę”.
Cyceron
Wydaje się, że w dzisiejszych
czasach mieliśmy już dość literatury „prosto z serca”.
Czytelnicy zapewne domyślą się, co ukrywam pod eufemistycznym
określeniem. Książki z założenia o niczym, forma pamiętnika,
który można sprzedać i dzięki temu dorobić do i tak dobrze
zapowiadającej się emerytury. Być może słynny „Pamiętnik
Bridget Jones” – dodam: fikcyjny! - zachęcił kolejnych autorów
do prywatnych wynurzeń.
Cokolwiek było przyczyną,
zapoczątkowało prawie dwie dekady „wyznań”, „dzienników”
i „zapisków” różnego rodzaju.
Do takiego rodzaju literatury zalicza
się książka Ricka Marina pt. „Drań – wyznania toksycznego
kawalera”. Prawie czterysta stron opisujących nowojorski żywot
autora-dziennikarza. Od pierwszego małżeństwa (które już na
samym początku zostaje określone jako zakończone, choć nie
zostało to usankcjonowane prawnie) przez coraz to nowe kobiety,
randki, zmiany zawodowe, aż do majaczącego za horyzontem happyendu.
Marin prowadzi nas przez dziesięć
intensywnych lat swojego życia, w czasie których bezlitosna maszyna
rynku pracowniczego przemiela go przez różne posady. MTV, Time,
Newsweek – po prostu Nowy Jork. Innymi słowy przybytek sukcesu i
sławy, miejsce będące spełnieniem marzeń niezliczonej ilości
ludzi. A w tym wszystkim nasz bohater – już dość dobrze
usytuowany jako dziennikarz, a jednak wciąż polegający na
rodzicielskiej zapomodze, z nieuporządkowanym życiem prywatnym,
astmą i masą wyimaginowanych problemów.
Choć osobiście nie przepadam za
literaturą tego rodzaju, musze przyznać, że jest jeden dość
ważny problem, który tytułowy Drań porusza. Mianowicie –
dorastanie. Wygląda na to, że kolejne niezbyt udane związki
pozwalają bohaterowi zrozumieć, czego tak naprawdę powinien
poszukiwać. Jako dwudziestoośmioletni mężczyzna myśli jedynie o
tym, by przerwać przymusowy, „okołorozwodowy” celibat. Nieważne
gdzie, ważne żeby była to kobieta. Na tym kończy się świat
młodego rozwodnika.
Tymczasem mijają lata i zegar
biologiczny daje o sobie znać. Nagle okazuje się, że większość
znajomych właśnie się żeni, oczekuje dziecka lub zawiadamia o
jego urodzeniu. Pojawia się luka, której nie potrafią już
wypełnić jednorazowe randki, ani pseudozwiązki. Marzenia o
dzieleniu z kimś każdego dnia, posiadaniu dzieci, urządzaniu
wspólnego domu popychają do zmiany postępowania, a nawet stylu
życia. Jednak dopiero czas pokaże, czy desperackie poszukiwania
okażą się owocne.
Książka nowojorskiego dziennikarza
bywa zabawna na swój sposób. I tragicznie prawdziwa w opisywaniu
relacji damsko-męskich. W zasadzie można określić ją jako
ciekawą alternatywę dla „literatury w spódnicy”. Mężczyźni
dumnie wkroczyli na teren do tej pory zajmowany tylko przez kobiety i
postanowili zabrać głos. Jeszcze niewiadomo, czy są mile widziani,
ale wszystko wskazuje na to, że spodnie sprawdzają się wszędzie.
Także w pisarstwie tego typu.
I dlatego polecam ten tytuł jedynie
zagorzałym czytelnikom wspomnianej tzw. „kobiecej” literatury.
Przekonajcie się, jak to jest po drugiej stronie.