poniedziałek, 19 marca 2007

Drań - Rick Marin

Nastały złe czasy. Dzieci nie słuchają rodziców i każdy pisze książkę”.
Cyceron


Wydaje się, że w dzisiejszych czasach mieliśmy już dość literatury „prosto z serca”. Czytelnicy zapewne domyślą się, co ukrywam pod eufemistycznym określeniem. Książki z założenia o niczym, forma pamiętnika, który można sprzedać i dzięki temu dorobić do i tak dobrze zapowiadającej się emerytury. Być może słynny „Pamiętnik Bridget Jones” – dodam: fikcyjny! - zachęcił kolejnych autorów do prywatnych wynurzeń.

Cokolwiek było przyczyną, zapoczątkowało prawie dwie dekady „wyznań”, „dzienników” i „zapisków” różnego rodzaju.

Do takiego rodzaju literatury zalicza się książka Ricka Marina pt. „Drań – wyznania toksycznego kawalera”. Prawie czterysta stron opisujących nowojorski żywot autora-dziennikarza. Od pierwszego małżeństwa (które już na samym początku zostaje określone jako zakończone, choć nie zostało to usankcjonowane prawnie) przez coraz to nowe kobiety, randki, zmiany zawodowe, aż do majaczącego za horyzontem happyendu.

Marin prowadzi nas przez dziesięć intensywnych lat swojego życia, w czasie których bezlitosna maszyna rynku pracowniczego przemiela go przez różne posady. MTV, Time, Newsweek – po prostu Nowy Jork. Innymi słowy przybytek sukcesu i sławy, miejsce będące spełnieniem marzeń niezliczonej ilości ludzi. A w tym wszystkim nasz bohater – już dość dobrze usytuowany jako dziennikarz, a jednak wciąż polegający na rodzicielskiej zapomodze, z nieuporządkowanym życiem prywatnym, astmą i masą wyimaginowanych problemów.

Choć osobiście nie przepadam za literaturą tego rodzaju, musze przyznać, że jest jeden dość ważny problem, który tytułowy Drań porusza. Mianowicie – dorastanie. Wygląda na to, że kolejne niezbyt udane związki pozwalają bohaterowi zrozumieć, czego tak naprawdę powinien poszukiwać. Jako dwudziestoośmioletni mężczyzna myśli jedynie o tym, by przerwać przymusowy, „okołorozwodowy” celibat. Nieważne gdzie, ważne żeby była to kobieta. Na tym kończy się świat młodego rozwodnika.

Tymczasem mijają lata i zegar biologiczny daje o sobie znać. Nagle okazuje się, że większość znajomych właśnie się żeni, oczekuje dziecka lub zawiadamia o jego urodzeniu. Pojawia się luka, której nie potrafią już wypełnić jednorazowe randki, ani pseudozwiązki. Marzenia o dzieleniu z kimś każdego dnia, posiadaniu dzieci, urządzaniu wspólnego domu popychają do zmiany postępowania, a nawet stylu życia. Jednak dopiero czas pokaże, czy desperackie poszukiwania okażą się owocne.

Książka nowojorskiego dziennikarza bywa zabawna na swój sposób. I tragicznie prawdziwa w opisywaniu relacji damsko-męskich. W zasadzie można określić ją jako ciekawą alternatywę dla „literatury w spódnicy”. Mężczyźni dumnie wkroczyli na teren do tej pory zajmowany tylko przez kobiety i postanowili zabrać głos. Jeszcze niewiadomo, czy są mile widziani, ale wszystko wskazuje na to, że spodnie sprawdzają się wszędzie. Także w pisarstwie tego typu.


I dlatego polecam ten tytuł jedynie zagorzałym czytelnikom wspomnianej tzw. „kobiecej” literatury. Przekonajcie się, jak to jest po drugiej stronie.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz