środa, 13 grudnia 2006

Ptak Śmierci - Ellison Harlan

„Ptak Śmierci” – tak zatytułowano zbiór zawierający nagradzane opowiadania i mikropowieści Harlana Ellisona. Wybór pierwszorzędny.

Większość tekstów utrzymuje się w psychodelicznym klimacie koszmarnego snu, co sprawia, że jednoznaczny odbiór staje się niemożliwy. Proza w wykonaniu Ellisonowskim to wspinaczka na szczyty kunsztownego absurdu przeplatanego mniej lub bardziej znanymi problemami świata i literatury, a jednocześnie nie ma w niej miejsca na powtarzalność. Każdy tekst stanowi odrębne, oryginalne spojrzenie na rzeczywistość, a ściślej – jej odbicie w potwornie powykrzywianym zwierciadle. Właściwie można zaryzykować stwierdzenie, że nie jest to zwyczajna proza. To proza poetycka. Wyszukana, zaskakująca, czasem dotykająca mistyki i nie zawsze do końca zrozumiała, ale, jak mawiał T.S. Eliot: „Prawdziwa poezja przemawia do nas, zanim ją zrozumiemy”.

W książce czytelnik znajdzie osiem opowiadań:

  • „Bestia, która wykrzyczała miłość w sercu świata” – o następstwie wydarzeń, przypadku i roli, jaką w odgrywa przy tym czas. Uczucia i zdarzenia przemieszczają się w czasoprzestrzeni, często uderzając tam, gdzie nikt nie zawinił.
  • „Jefty ma 5 lat” – nikt z nas nie lubi się starzeć i zapewne każdy ma wybrane miejsca swojego życia, do których chętnie by wrócił. Doświadczy tego także główny bohater opowiadania, ale, w przeciwieństwie do nas, Donald otrzyma możliwość pozornego powrotu do zaginionych chwil. A wszystko dzięki Jefty’emu, który wciąż ma 5 lat.
  • „Dryfując między wysepkami Langerhansa...” – historia wniknięcia w siebie. Dosłownego. Próba odnalezienia spokoju wewnątrz własnego organizmu, który ma szansę stać się wiecznym azylem. Nawet dla tych najbardziej zagubionych.
  • „Nie mam ust, a muszę krzyczeć” – piątka ocalałych z uśmierconej ludzkości próbuje walczyć z utrzymującą ich przy życiu, pełną nienawiści maszyną. Zemsta ma wiele twarzy, a wybawienie nie zawsze oznacza powrót do utraconej rzeczywistości.
  • „Rola marzeń sennych” – sny nie przewidują przyszłości, nie rozwiązują problemów z codziennością. Pomagają zapomnieć. Lonny McGrath przebędzie męczącą drogę, zanim zrozumie, dlaczego dręczy go bez przerwy ten sam koszmar.
  • „Paladyn zagubionej godziny” – czas nie jest wartością abstrakcyjną, a data to nie tylko umowa pomiędzy rządami państw świata. Gdzieś na ziemi znajduje się zegar przetrzymujący jedyną zagubioną w historii świata godzinę. Ten zegar nie może pozostać bez właściciela.
  • „Ukorz się pajacu, rzecze Tiktaktor” – harmonogram stworzono, żeby pomagał ludziom, ale z czasem to on zawładnął ich życiem. Razem z władzą, która pilnuje punktualności każdego obywatela. Tak dokładnie, że może odbierać czas spędzony wśród żywych. Tylko jedna osoba ma odwagę się spóźniać. Czy słusznie?
  • „Ptak Śmierci” – ziemia została stworzona przez nich. Ale nie byli jedyną rasą budowniczych. Pewnego dnia przybył szalony. Pozwolił ludzkości zapomnieć o stwórcach, a ostatniego z nich nazwał Wężem i skazał na wieczne potępienie w oczach ludzi.. Na nieszczęście dla szalonego, nie wszyscy potrafili ślepo wierzyć w to, co zapisano.

Zbiór zdecydowanie godny polecenia. Nie tylko dla czytelników fantastyki.

środa, 29 listopada 2006

Mężczyzna od podstaw - Norah Vincent

Książka „Mężczyzna od podstaw” Nory Vincent od początku budziła kontrowersje. Zarówno ze strony mężczyzn i kobiet, ale (co ciekawe) również osób transgenderowych. Sam nie wiem dlaczego – ja przy lekturze bawiłem się świetnie.

Może na początek parę słów odnośnie faktycznego tematu książki. Chociaż zamysłem było przekonać się, czy życie mężczyzn jest tak łatwe, jak się uważa, całość przerodziła się w antropologiczną podróż nie tyle w zwyczaje płci męskiej, co ludzkości ogółem. Autorka poznała różne środowiska, w których obracają się mężczyźni (od zadymionej kręgielni do klasztoru przez grupę wsparcia włącznie), poznała istotę męskiej przyjaźni i... Otóż właśnie, i? I przekonała się, że to nie stereotypy nas ograniczają, ale sami ograniczamy się ze względu na istnienie pewnych norm ludzkich zachowań.

Norah Vincent jako „kobieta w męskiej skórze” przybliża różne typy mężczyzn: cierpiących w milczeniu prostych facetów z problemami rodzinnymi, zakonników tłamszących własną seksualność, a także „demonów” seksu, których jedynym celem życiowym jest seks z wybraną panienką. Z każdym z nich spędza odpowiednią ilość czasu, żeby odkryć, że chociaż potrafi dostosowywać się do ich towarzystwa – nie czuję się komfortowo.

O czym tak naprawdę opowiada „Mężczyzna od podstaw”? Jest to próba głębszego zrozumienia tych części kultury uznawanych za typowo „męskie”. Norah w roli Neda przygląda się uściskom dłoni, spojrzeniom i różnym innym gestom, które wydają się błahe, a naprawdę tworzą cały rytuał zachowań. To także głęboka analiza kultury Zachodu – próba odpowiedzi na pytanie, czy faktycznie kobiety i mężczyźni pochodzą z dwóch odrębnych światów, czy być może niewielkie różnice uwydatniły nagromadzone latami stereotypy.

Zadeklarowana feministka, odnosząca się do mężczyzn z dystansem i wyższością, odkrywa, co znaczy być nim w dzisiejszym świecie. To bezustanna walka z upokorzeniami i własnymi potrzebami psychicznymi – częściowo ograniczanymi przez wzorce zachowań i chęcią dostosowania się do nich. Oczywiście nie każdy mężczyzna pasuje do powyższego schematu, jednakże eksperyment nie tylko wykazał, jak bardzo kultura i kobiety mylą się w ocenie ogółu płci, pokazał również, że mężczyźni sami nie potrafią dobrze ocenić siebie.

Książka stanowi dość swobodną opowieść. Problemy przedstawionych bohaterów przeplatają się z nierzadko ironicznymi komentarzami autorki, co sprawia, że „Mężczyzny od podstaw” się nie czyta – jest się obecnym przy badaniach.


Dobra, być może nie zawsze rzetelna, a na pewno nie obiektywna, ale godna polecenia każdemu pozycja.

środa, 8 listopada 2006

Adwokat - Michael Connelly

„Adwokat” – powieść kryminalna Michaela Connelly’ego – z powodzeniem oddaje realia świata amerykańskich prawników, rządzonego nie tyle przez sprawiedliwość, co chęć zysku (zwłaszcza wielokrotnego), a także przez umiejętności doskonałego zamydlania oczu.

Michael Haller, główny bohater książki, jest adwokatem specjalizującym się zwłaszcza w tej drugiej dziedzinie. Pomaga swoim klientom otrzymywać niższe wyroki, poszukuje dziur w akcjach policji, korzystając z przeróżnych, niekiedy niekoniecznie uczciwych metod. Lubi to, co robi, ale wciąż marzy o tzw. „licencji”, czyli kliencie, który zapewni stałe zatrudnienie przy wysokiej płacy. Traf chce, że pewnego dnia Haller spotyka idealną osobę na to stanowisko, ale wkrótce nabiera co do tego sporych wątpliwości. „Zawsze bałem się, że nie będę potrafił poznać niewinnej osoby, gdy się do mnie zgłosi”. Śledztwo doprowadzi do sprawy morderstwa sprzed paru lat, co zakończy się stąpaniem po wyjątkowo kruchym lodzie i możliwością utraty nie tylko własnego życia, ale i bliskich.

Chociaż na pierwszy rzut oka pomysł prezentuje się dość ciekawe, sporo mam „Adwokatowi” do zarzucenia.

Przede wszystkim fabuła. Tak naprawdę książka staje się interesująca dopiero od połowy i także wtedy przestaje mieć wyjątkowo widoczne znamiona schematu. Początkowe rozdziały są pełne przewidywalnych scen. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że czytelnik od pierwszej strony doskonale nakreśli charakterystykę Hallera, chociaż sam tekst niewiele o nim wspomni. Pewne sprawy można po prostu wyczuć. A jednak – Connelly mimo wszystko wychodzi obronną ręką, zaskakując nieznanymi szczegółami na ostatnich kartach powieści.

Ponadto czytelnik może czuć się zdezorientowany podczas czytania. Co rusz padają nowe, wcale nie łatwe do zapamiętania nazwiska, a jeśli nie zwraca się zbytnio na nie uwagi, można napotkać problemy ze zidentyfikowaniem poszczególnych postaci. Podobnie jeśli chodzi o terminy prawnicze. Szkodzi to ogólnemu, a przecież ciekawemu zarysowi.

Wreszcie postać samego Mickeya (tak nazywają go przyjaciele) Hallera. Po lekturze pozostało mi wrażenie, że wybór narracji pierwszoosobowej nie był specjalnie szczęśliwym pomysłem. Brakowało mi głębszego spojrzenia w psychikę adwokata. Nieliczne do niej odwołania robią z powieści suchą relację, a przecież opisane w niej wydarzenia nie należą wcale do tych łatwo przyjmowanych przez ludzi. Bo czy można prawie bez uczucia stanąć wobec śmierci kogoś bliskiego? Można – a przynajmniej tak może się wydawać do... Do czasu. I to, przyznam, jest asem w rękawie autora – kompletne zaskoczenie czytelnika pod koniec powieści. Tak jakby schematyczność miała poprowadzić na zły trop.

Przechodząc do bardziej ogólnych wniosków: nie polecam „Adwokata” tym, którzy w każdej książce chcą znaleźć coś nowatorskiego czy głębszego. Podstawa tego kryminału to jego fabuła. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jest wprost stworzona do filmowej adaptacji. Oczywiście nie przesądza to o całości jako katastrofie. Pomimo wszystkich minusów książka ma swój urok, chociażby ze względu na fakt, że dość ironicznie odnosi się do amerykańskiego systemu sprawiedliwości.

Na koniec pozwolę sobie zacytować dowcip, który na pewno zostanie w głowie najdłużej z całej powieści:

Jaka jest różnica między sumem a adwokatem? Jedno to bydle żerujące w mętnej wodzie, a drugie to ryba.

piątek, 27 października 2006

Gorsze światy - Cezary Michalski

Żeby móc krytycznie ocenić rzeczywistość, należy się z niej wyzwolić” – tak brzmi najważniejsze prawo antropologii, nauki poświęconej badaniu ludzkości. Co ciekawe, doskonale odnosi się do „Gorszych Światów” – zbioru krótkich, pozornie niezwiązanych ze sobą historii autorstwa Cezarego Michalskiego.

Autor „Ministerstwa prawdy” i „Siły odpychania” serwuje krytyczny obraz rzeczywistości, kunsztownie ukryty za zasłona groteskowych obrazów, fantastycznych jedynie z pozoru. „Gorsze Światy” to sześć historii: „Gabinet krzywych luster”, „Cela śmiechu”, „Zmarnowany czakram”, „Dzika genetyczka”, „Telewizja Babilonu” oraz „Punkt rozłączenia”. Poprzez przejaskrawienie opisują one wiele niepokojących nas dzisiaj zjawisk.

Zaczyna się niewinnie, od „Gabinetu krzywych luster” – alternatywnej wersji historii Europy, gdzie nie ma miejsca na demokrację, a społeczeństwo jest ściśle zhierarchizowane. Dominuje arystokratyczny nurt, który zdaje się najlepszym politycznym rozwiązaniem. Ale czy na pewno?
Z kolei „Cela śmiechu” – bodajże najbardziej mroczna i niepokojąca część całego zbioru – przedstawia rzeczywistość Danonii. Państwa z pozoru idealnego, w którym Wolność gwarantują tak zwane Dogmaty. Mamy więc tu coraz częściej ujawniający się paradoks naszych czasów – przepisy regulujące to, co nie powinno być kontrolowane odgórnie. Zresztą opowiadanie od początku opiera się na paradoksach – od znanej nam sytuacji, w której wybór „niby jest, ale jednak go nie ma”, do ciekawej koncepcji społeczeństwa wychowywanego w upokorzeniu i bazującemu na nim. I wreszcie – problem władzy. Władzy nieistniejącej, przezroczystej – świat trzech państw: Danonii, Jogobelli i Bakomii, to miejsce, gdzie mówi się o braku realnej aparatu władzy, choć rzeczywistość wyraźnie jest komuś lub czemuś podporządkowana. Czy czytelnikowi nie przypomina to pewnych całkiem niedawnych czasów?
„Zmarnowany czakram” przedstawia, przynajmniej częściowo obraz, który powoli wyłania się w teraźniejszości – mianowicie świat, w który Czwarta Władza, czyli media (stworzone tak naprawdę do kontrolowania innych Władz i przekazywania efektów opinii publicznej) stają się Pierwszą. Dochodzi do sytuacji, również znanej historii świata, kiedy Władza staje się nieosiągalna dla ludzi – nie istnieje nic, co mogłoby poddawać ją weryfikacji. W Süssenlandzie (kraju opisywanym w „Zmarnowanym...”) obserwujemy ponadto inne niepokojące zjawiska. Życie polityczne podzielone według kryterium płci (Monarchiści kontra pacyfistki) oraz odchodzenie od najświętszych tradycji religijnych (np. tajemnicy spowiedzi) na rzecz Czwartej Władzy, która pragnie inwigilować każdego obywatela. Brzmi znajomo...
„Dzika genetyczka” oraz „Punkt rozłączenia” to komentarze odnośnie rozwijającej się technologii. Pierwsze opowiadanie koncentruje się na koncepcji rozdzielania ludzi sukcesu (tak zwane „pięć procent”) oraz zwyczajnych („dziewięćdziesiąt pięć”) na podstawie budowy ich DNA, drugie podejmuje temat wirtualnego świata-gry nazywanego „Rzeźnią” i, co interesujące, osadzonego w realiach Stanu Wojennego. Zwraca na siebie także slogan reklamowy: „Gra, która odnowi oblicze ziemi, tej ziemi!”
I wreszcie „Telewizja Babilonu” – historia podejmująca temat agresji Zachodu na Bliski Wschód, choć właściwie może być ona uznana jedynie za tło. Tak naprawdę, nieco futurystyczne opowiadanie staje naprzeciw niebezpiecznego zjawiska, jakim jest (znana na pewno czytelnikom George’a Orwella) zmiana przeszłości przy pomocy narzędzi teraźniejszości –ingerencja nowoczesnego „dzisiaj” w zbiorową pamięć ludzkości na temat „wczoraj”.



Danonia, Jogobella, Bakomia, Narodowy Hipermarket, Wzgórze Wedlowskie, czy wreszcie Istota Najsłodsza – czy te nazwy nie kojarzą się z dzisiejszym konsumenckim społeczeństwem? Jest to kolejny aspekt naszego świata, który Michalski przejaskrawia mistrzowsko, zwłaszcza w „Celi śmiechu”, gdzie jasno stwierdza się, że „człowiek może zmylić innych fałszywymi odciskami palców, cudzym DNA, operacjami plastycznymi, ale rzadko kiedy potrafi zmienić swoje potrzeby konsumpcyjne”.
Ponadto autor doskonale odnosi się do różnych symboli (zaryzykuję skojarzeniem - pomników), którymi karmi nas kultura medialna. Wyszydza, ale jednocześnie ostrzega, czym może kończyć się przesadna wiara w serwowane ludziom, wyszlifowane ideały. Osobiście znajduję w tym namowę do myślenia. Człowiek nie powinien bezkrytycznie brać tego, na co tworzenie się nie ma (rzeczywiście, bądź pozornie) wpływu. Ludzkość musi nauczyć się myśleć.

Wspomniałem wcześniej, że części nie mają prawie nic wspólnego poza krytyką dzisiejszych czasów. Ale jest jeszcze coś. Wszystkie opowiadania z „Gorszych Światów” to tak naprawdę historie zbuntowanych (wewnętrznie lub jawnie) jednostek, które mają tudzież pragną mieć znaczny udział w tworzeniu przyszłości. Jest to, być może, najważniejszy czynnik łączący nie tyle elementy zbioru, co przekazaną w nim fikcję z otaczającym nas światem. Wiemy dobrze, że każda epoka może poszczycić się zarówno bohaterami jak i zbrodniarzami – właśnie wyjątkowymi jednostkami – które pozostają w pamięci zbiorowej, tworząc w ten sposób historię ludzkości.

Żeby docenić zawarty w opowiadaniach przekaz, należy zwracać uwagę na rzeczy mniej istotne. Podobnie przecież radzimy sobie z rzeczywistością. Ona także nie zawsze przemawia do nas dosłownie. Sądzę, że nie przesadzam, nazywając Michalskiego wyjątkowo spostrzegawczym badaczem. I podtrzymam opinię o autorze „Gorszych Światów” jako wyjątkowym antropologu. Jego historie doskonale sprawdzają się jako odbicia realnego świata. Chciałoby się dodać „w krzywym zwierciadle”, ale nie trzeba. Bo te obrazy pozbawione są przesady. To po prostu rzeczywistość oczami fikcji. Zdecydowanie do polecenia.

niedziela, 3 września 2006

Grecka korespondencja

Kreta. Wyspa, jak każdy wie, grecka, ze wszystkimi europejskimi przywilejami. Włącznie ze strefa euro. Zaskakująco barwna, dziewicza i... polska. Przyjeżdżam tu, żeby odpocząć od rodaków, bo przez cały rok mogą się dostatecznie znudzić.

Z balkonu hotelu przyglądam się okolicznym domom, dopóki oczom nie ukazuje się napis: „wynajem samochodów”. Gości tuż obok „rent a car”, „auto vermietung” i innych  znanych mniej lub bardziej języków. Zakuło serce. Nie z radości czy tęsknoty za ojczyzna. Z żalu i rozczarowania, bo wydawało się, że hotel to jedyne miejsce, gdzie nie dane będzie mi zapomnieć, skąd pochodzę. Tymczasem język ojczysty zaatakował bezczelnie od tylu, jakby uczył się prostactwa od niektórych swych użytkowników.

Postanawiam przyjrzeć się ofercie. W punkcie wita mnie miejscowa, niezwykle uprzejma kobieta. Zaprasza - siadam. W międzyczasie obsługuje włoską parę, powtarzając “quatro-quatro” oraz “venti euro”. Pyta o narodowość, a po chwili uśmiecha się. Stwierdza, że nie bardzo się dogadamy, dlatego poleca mówiąca po polsku pracownicę. Na imię ma Edyta. Rzeczywiście - napis „Pracownik mówiący po polsku przyjmuje od 12:00 do 21:30” szczerzy się do mnie cwanym, znanym z ulic rodzinnego miasta, uśmieszkiem. Przyjdę - mowię sobie. Ile to razy zdarzyło mi się czytać pozytywne opinie na temat pracujących za granicą rodaków.

Wracam po południu z plaży. Słonce przygrzewa, a przed punktem wynajmu na jednym z motorów opala się (prawie jak kotlet schabowy) niesympatyczne z wyglądu babsko. Oho, myślę sobie, to pewnie Edyta. Patrzy na mnie wyniośle zza tych swoich „sunglasses” i nie reaguje nawet, kiedy prawie wchodzę do pustego biura.

- Hello - wzdycham beznamiętnie.
- Mej aj help ju?
- Pani jest Edyta - stwierdzam.
I wszystko jasne.
- Pani koleżanka prosiła, żeby zgłosić się do pani w sprawie wcześniejszej rezerwacji samochodu.
Rozkłada ramiona. Prawie nimi wzrusza. Zaciskam zęby.
- Na ile dni?
- Na jeden. Chcemy objechać wyspę.
Nie jest zachwycona. Widocznie 60 euro zysku to za mało, żeby robić na kliencie dobre wrażenie. Przeraża mnie fakt, że identycznie załatwiam sprawy w kraju.
- To się teraz nie da - odpowiada - A jak mi nic nie zjedzie, to co? Pieniądze wam będę oddawać?
Staram się ogarnąć, o czym mówi. Jakie pieniądze? Była mowa o wcześniejszej rezerwacji.
- Gdzie mieszkacie? - pada nagle, zupełnie nie na temat.
- Tu - pokazuję ordynarnie palcem hotel, dostosowując się do poziomu rozmówczyni.
- A…

Trzy gwiazdki nie upoważniają jej do traktowania mnie jak porządnego klienta.

- Nie wiecie, czy ktoś z waszego hotelu jutro wyjeżdża?

Wdycham głośno powietrze. Hotel ma trzy skrzydła, trzy pietra, około 130 pokoi, w każdym średnio trzy osoby. Spory tłum do zbierania informacji.
- Nie. Nikogo tam nie znam.
Zamyka się w sobie. Chwila milczenia przedłuża się. Tak właściwie nie wiem, po co tu stoję. Chyba zaczynam jej przeszkadzać. Ale analizując jej poprzednia wypowiedz, powoli dochodzę do ukrytego sensu.
- Aha. To znaczy, że pani nie wie, czy na przykład ktoś nie zechce zatrzymać samochodu na dłużej i że może być niedostępny.
Kiwa głową.
- No!
Przez chwile patrzę w niebo. Nie mogła tak od razu?
Odchodząc, przypominam sobie fragment regulaminu jednej z brytyjskich firm dotyczący polskich pracowników.


Neither shall you replace >May I help you< with >Czego, kurwa, chcesz<"