„Adwokat” –
powieść kryminalna Michaela Connelly’ego – z powodzeniem oddaje
realia świata amerykańskich prawników, rządzonego nie tyle przez
sprawiedliwość, co chęć zysku (zwłaszcza wielokrotnego), a także
przez umiejętności doskonałego zamydlania oczu.
Michael Haller, główny bohater
książki, jest adwokatem specjalizującym się zwłaszcza w tej
drugiej dziedzinie. Pomaga swoim klientom otrzymywać niższe wyroki,
poszukuje dziur w akcjach policji, korzystając z przeróżnych,
niekiedy niekoniecznie uczciwych metod. Lubi to, co robi, ale wciąż
marzy o tzw. „licencji”, czyli kliencie, który zapewni stałe
zatrudnienie przy wysokiej płacy. Traf chce, że pewnego dnia Haller
spotyka idealną osobę na to stanowisko, ale wkrótce nabiera co do
tego sporych wątpliwości. „Zawsze bałem się, że nie będę
potrafił poznać niewinnej osoby, gdy się do mnie zgłosi”.
Śledztwo doprowadzi do sprawy morderstwa sprzed paru lat, co
zakończy się stąpaniem po wyjątkowo kruchym lodzie i możliwością
utraty nie tylko własnego życia, ale i bliskich.
Chociaż na pierwszy rzut oka pomysł
prezentuje się dość ciekawe, sporo mam „Adwokatowi” do
zarzucenia.
Przede wszystkim fabuła. Tak
naprawdę książka staje się interesująca dopiero od połowy i
także wtedy przestaje mieć wyjątkowo widoczne znamiona schematu.
Początkowe rozdziały są pełne przewidywalnych scen. Z czystym
sumieniem mogę stwierdzić, że czytelnik od pierwszej strony
doskonale nakreśli charakterystykę Hallera, chociaż sam tekst
niewiele o nim wspomni. Pewne sprawy można po prostu wyczuć. A
jednak – Connelly mimo wszystko wychodzi obronną ręką,
zaskakując nieznanymi szczegółami na ostatnich kartach powieści.
Ponadto czytelnik może
czuć się zdezorientowany podczas czytania. Co rusz padają nowe,
wcale nie łatwe do zapamiętania nazwiska, a jeśli nie zwraca się
zbytnio na nie uwagi, można napotkać problemy ze zidentyfikowaniem
poszczególnych postaci. Podobnie jeśli chodzi o terminy prawnicze.
Szkodzi to ogólnemu, a przecież ciekawemu zarysowi.
Wreszcie postać samego
Mickeya (tak nazywają go przyjaciele) Hallera. Po lekturze pozostało
mi wrażenie, że wybór narracji pierwszoosobowej nie był
specjalnie szczęśliwym pomysłem. Brakowało mi głębszego
spojrzenia w psychikę adwokata. Nieliczne do niej odwołania robią
z powieści suchą relację, a przecież opisane w niej wydarzenia
nie należą wcale do tych łatwo przyjmowanych przez ludzi. Bo czy
można prawie bez uczucia stanąć wobec śmierci kogoś bliskiego?
Można – a przynajmniej tak może się wydawać do... Do czasu. I
to, przyznam, jest asem w rękawie autora – kompletne zaskoczenie
czytelnika pod koniec powieści. Tak jakby schematyczność miała
poprowadzić na zły trop.
Przechodząc do
bardziej ogólnych wniosków: nie polecam „Adwokata” tym, którzy
w każdej książce chcą znaleźć coś nowatorskiego czy głębszego.
Podstawa tego kryminału to jego fabuła. Nie mogłem oprzeć się
wrażeniu, że jest wprost stworzona do filmowej adaptacji.
Oczywiście nie przesądza to o całości jako katastrofie. Pomimo
wszystkich minusów książka ma swój urok, chociażby ze względu
na fakt, że dość ironicznie odnosi się do amerykańskiego systemu
sprawiedliwości.
Na koniec pozwolę
sobie zacytować dowcip, który na pewno zostanie w głowie najdłużej
z całej powieści:
Jaka jest różnica między sumem a adwokatem?
Jedno to bydle żerujące w mętnej wodzie, a drugie to ryba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz