środa, 8 listopada 2006

Adwokat - Michael Connelly

„Adwokat” – powieść kryminalna Michaela Connelly’ego – z powodzeniem oddaje realia świata amerykańskich prawników, rządzonego nie tyle przez sprawiedliwość, co chęć zysku (zwłaszcza wielokrotnego), a także przez umiejętności doskonałego zamydlania oczu.

Michael Haller, główny bohater książki, jest adwokatem specjalizującym się zwłaszcza w tej drugiej dziedzinie. Pomaga swoim klientom otrzymywać niższe wyroki, poszukuje dziur w akcjach policji, korzystając z przeróżnych, niekiedy niekoniecznie uczciwych metod. Lubi to, co robi, ale wciąż marzy o tzw. „licencji”, czyli kliencie, który zapewni stałe zatrudnienie przy wysokiej płacy. Traf chce, że pewnego dnia Haller spotyka idealną osobę na to stanowisko, ale wkrótce nabiera co do tego sporych wątpliwości. „Zawsze bałem się, że nie będę potrafił poznać niewinnej osoby, gdy się do mnie zgłosi”. Śledztwo doprowadzi do sprawy morderstwa sprzed paru lat, co zakończy się stąpaniem po wyjątkowo kruchym lodzie i możliwością utraty nie tylko własnego życia, ale i bliskich.

Chociaż na pierwszy rzut oka pomysł prezentuje się dość ciekawe, sporo mam „Adwokatowi” do zarzucenia.

Przede wszystkim fabuła. Tak naprawdę książka staje się interesująca dopiero od połowy i także wtedy przestaje mieć wyjątkowo widoczne znamiona schematu. Początkowe rozdziały są pełne przewidywalnych scen. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że czytelnik od pierwszej strony doskonale nakreśli charakterystykę Hallera, chociaż sam tekst niewiele o nim wspomni. Pewne sprawy można po prostu wyczuć. A jednak – Connelly mimo wszystko wychodzi obronną ręką, zaskakując nieznanymi szczegółami na ostatnich kartach powieści.

Ponadto czytelnik może czuć się zdezorientowany podczas czytania. Co rusz padają nowe, wcale nie łatwe do zapamiętania nazwiska, a jeśli nie zwraca się zbytnio na nie uwagi, można napotkać problemy ze zidentyfikowaniem poszczególnych postaci. Podobnie jeśli chodzi o terminy prawnicze. Szkodzi to ogólnemu, a przecież ciekawemu zarysowi.

Wreszcie postać samego Mickeya (tak nazywają go przyjaciele) Hallera. Po lekturze pozostało mi wrażenie, że wybór narracji pierwszoosobowej nie był specjalnie szczęśliwym pomysłem. Brakowało mi głębszego spojrzenia w psychikę adwokata. Nieliczne do niej odwołania robią z powieści suchą relację, a przecież opisane w niej wydarzenia nie należą wcale do tych łatwo przyjmowanych przez ludzi. Bo czy można prawie bez uczucia stanąć wobec śmierci kogoś bliskiego? Można – a przynajmniej tak może się wydawać do... Do czasu. I to, przyznam, jest asem w rękawie autora – kompletne zaskoczenie czytelnika pod koniec powieści. Tak jakby schematyczność miała poprowadzić na zły trop.

Przechodząc do bardziej ogólnych wniosków: nie polecam „Adwokata” tym, którzy w każdej książce chcą znaleźć coś nowatorskiego czy głębszego. Podstawa tego kryminału to jego fabuła. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jest wprost stworzona do filmowej adaptacji. Oczywiście nie przesądza to o całości jako katastrofie. Pomimo wszystkich minusów książka ma swój urok, chociażby ze względu na fakt, że dość ironicznie odnosi się do amerykańskiego systemu sprawiedliwości.

Na koniec pozwolę sobie zacytować dowcip, który na pewno zostanie w głowie najdłużej z całej powieści:

Jaka jest różnica między sumem a adwokatem? Jedno to bydle żerujące w mętnej wodzie, a drugie to ryba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz