niedziela, 3 września 2006

Grecka korespondencja

Kreta. Wyspa, jak każdy wie, grecka, ze wszystkimi europejskimi przywilejami. Włącznie ze strefa euro. Zaskakująco barwna, dziewicza i... polska. Przyjeżdżam tu, żeby odpocząć od rodaków, bo przez cały rok mogą się dostatecznie znudzić.

Z balkonu hotelu przyglądam się okolicznym domom, dopóki oczom nie ukazuje się napis: „wynajem samochodów”. Gości tuż obok „rent a car”, „auto vermietung” i innych  znanych mniej lub bardziej języków. Zakuło serce. Nie z radości czy tęsknoty za ojczyzna. Z żalu i rozczarowania, bo wydawało się, że hotel to jedyne miejsce, gdzie nie dane będzie mi zapomnieć, skąd pochodzę. Tymczasem język ojczysty zaatakował bezczelnie od tylu, jakby uczył się prostactwa od niektórych swych użytkowników.

Postanawiam przyjrzeć się ofercie. W punkcie wita mnie miejscowa, niezwykle uprzejma kobieta. Zaprasza - siadam. W międzyczasie obsługuje włoską parę, powtarzając “quatro-quatro” oraz “venti euro”. Pyta o narodowość, a po chwili uśmiecha się. Stwierdza, że nie bardzo się dogadamy, dlatego poleca mówiąca po polsku pracownicę. Na imię ma Edyta. Rzeczywiście - napis „Pracownik mówiący po polsku przyjmuje od 12:00 do 21:30” szczerzy się do mnie cwanym, znanym z ulic rodzinnego miasta, uśmieszkiem. Przyjdę - mowię sobie. Ile to razy zdarzyło mi się czytać pozytywne opinie na temat pracujących za granicą rodaków.

Wracam po południu z plaży. Słonce przygrzewa, a przed punktem wynajmu na jednym z motorów opala się (prawie jak kotlet schabowy) niesympatyczne z wyglądu babsko. Oho, myślę sobie, to pewnie Edyta. Patrzy na mnie wyniośle zza tych swoich „sunglasses” i nie reaguje nawet, kiedy prawie wchodzę do pustego biura.

- Hello - wzdycham beznamiętnie.
- Mej aj help ju?
- Pani jest Edyta - stwierdzam.
I wszystko jasne.
- Pani koleżanka prosiła, żeby zgłosić się do pani w sprawie wcześniejszej rezerwacji samochodu.
Rozkłada ramiona. Prawie nimi wzrusza. Zaciskam zęby.
- Na ile dni?
- Na jeden. Chcemy objechać wyspę.
Nie jest zachwycona. Widocznie 60 euro zysku to za mało, żeby robić na kliencie dobre wrażenie. Przeraża mnie fakt, że identycznie załatwiam sprawy w kraju.
- To się teraz nie da - odpowiada - A jak mi nic nie zjedzie, to co? Pieniądze wam będę oddawać?
Staram się ogarnąć, o czym mówi. Jakie pieniądze? Była mowa o wcześniejszej rezerwacji.
- Gdzie mieszkacie? - pada nagle, zupełnie nie na temat.
- Tu - pokazuję ordynarnie palcem hotel, dostosowując się do poziomu rozmówczyni.
- A…

Trzy gwiazdki nie upoważniają jej do traktowania mnie jak porządnego klienta.

- Nie wiecie, czy ktoś z waszego hotelu jutro wyjeżdża?

Wdycham głośno powietrze. Hotel ma trzy skrzydła, trzy pietra, około 130 pokoi, w każdym średnio trzy osoby. Spory tłum do zbierania informacji.
- Nie. Nikogo tam nie znam.
Zamyka się w sobie. Chwila milczenia przedłuża się. Tak właściwie nie wiem, po co tu stoję. Chyba zaczynam jej przeszkadzać. Ale analizując jej poprzednia wypowiedz, powoli dochodzę do ukrytego sensu.
- Aha. To znaczy, że pani nie wie, czy na przykład ktoś nie zechce zatrzymać samochodu na dłużej i że może być niedostępny.
Kiwa głową.
- No!
Przez chwile patrzę w niebo. Nie mogła tak od razu?
Odchodząc, przypominam sobie fragment regulaminu jednej z brytyjskich firm dotyczący polskich pracowników.


Neither shall you replace >May I help you< with >Czego, kurwa, chcesz<"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz