Kreta. Wyspa, jak każdy wie, grecka, ze wszystkimi europejskimi
przywilejami. Włącznie ze strefa euro. Zaskakująco barwna,
dziewicza i... polska. Przyjeżdżam tu, żeby odpocząć od rodaków,
bo przez cały rok mogą się dostatecznie znudzić.
Z balkonu hotelu przyglądam się okolicznym domom, dopóki oczom nie ukazuje się napis: „wynajem samochodów”. Gości tuż obok „rent a car”, „auto vermietung” i innych znanych mniej lub bardziej języków. Zakuło serce. Nie z radości czy tęsknoty za ojczyzna. Z żalu i rozczarowania, bo wydawało się, że hotel to jedyne miejsce, gdzie nie dane będzie mi zapomnieć, skąd pochodzę. Tymczasem język ojczysty zaatakował bezczelnie od tylu, jakby uczył się prostactwa od niektórych swych użytkowników.
Postanawiam przyjrzeć się ofercie. W punkcie wita mnie miejscowa, niezwykle uprzejma kobieta. Zaprasza - siadam. W międzyczasie obsługuje włoską parę, powtarzając “quatro-quatro” oraz “venti euro”. Pyta o narodowość, a po chwili uśmiecha się. Stwierdza, że nie bardzo się dogadamy, dlatego poleca mówiąca po polsku pracownicę. Na imię ma Edyta. Rzeczywiście - napis „Pracownik mówiący po polsku przyjmuje od 12:00 do 21:30” szczerzy się do mnie cwanym, znanym z ulic rodzinnego miasta, uśmieszkiem. Przyjdę - mowię sobie. Ile to razy zdarzyło mi się czytać pozytywne opinie na temat pracujących za granicą rodaków.
Wracam po południu z plaży. Słonce przygrzewa, a przed punktem wynajmu na jednym z motorów opala się (prawie jak kotlet schabowy) niesympatyczne z wyglądu babsko. Oho, myślę sobie, to pewnie Edyta. Patrzy na mnie wyniośle zza tych swoich „sunglasses” i nie reaguje nawet, kiedy prawie wchodzę do pustego biura.
- Hello - wzdycham beznamiętnie.
- Mej aj help
ju?
- Pani jest Edyta - stwierdzam.
I wszystko jasne.
- Pani
koleżanka prosiła, żeby zgłosić się do pani w sprawie
wcześniejszej rezerwacji samochodu.
Rozkłada ramiona. Prawie
nimi wzrusza. Zaciskam zęby.
- Na ile dni?
- Na jeden. Chcemy
objechać wyspę.
Nie jest zachwycona. Widocznie 60 euro zysku to
za mało, żeby robić na kliencie dobre wrażenie. Przeraża mnie
fakt, że identycznie załatwiam sprawy w kraju.
- To się teraz
nie da - odpowiada - A jak mi nic nie zjedzie, to co? Pieniądze wam
będę oddawać?
Staram się ogarnąć, o czym mówi. Jakie
pieniądze? Była mowa o wcześniejszej rezerwacji.
- Gdzie
mieszkacie? - pada nagle, zupełnie nie na temat.
- Tu - pokazuję ordynarnie palcem hotel, dostosowując się do poziomu rozmówczyni.
-
A…
Trzy gwiazdki nie upoważniają jej do traktowania mnie jak
porządnego klienta.
- Nie wiecie, czy ktoś z waszego hotelu
jutro wyjeżdża?
Wdycham głośno powietrze. Hotel ma trzy
skrzydła, trzy pietra, około 130 pokoi, w każdym średnio trzy
osoby. Spory tłum do zbierania informacji.
- Nie. Nikogo tam nie
znam.
Zamyka się w sobie. Chwila milczenia przedłuża się. Tak
właściwie nie wiem, po co tu stoję. Chyba zaczynam jej
przeszkadzać. Ale analizując jej poprzednia wypowiedz, powoli
dochodzę do ukrytego sensu.
- Aha. To znaczy, że pani nie wie,
czy na przykład ktoś nie zechce zatrzymać samochodu na dłużej i
że może być niedostępny.
Kiwa głową.
- No!
Przez
chwile patrzę w niebo. Nie mogła tak od razu?
Odchodząc,
przypominam sobie fragment regulaminu jednej z brytyjskich firm
dotyczący polskich pracowników.
“Neither shall you replace >May I help
you< with >Czego, kurwa, chcesz<"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz