Diabeł nie tak straszny,
jak go opisują
W zeszłym roku
wydawnictwo Prószyński i s-ka uraczyło nas kolejną edycją jednej
z książek najbardziej płodnego twórcy horrorów wszech czasów.
Podszedłem do tego pomysłu z entuzjazmem, mając w pamięci
nastoletni okres mojego życia, kiedy to w zasadzie w ogóle nie
rozstawałem się z jego pracami. Sięgnąłem, zatem, po –
przypominające grubością już w zasadzie antyczne książki
telefoniczne – „Stukostrachy”. I z przykrością muszę wyznać,
że się rozczarowałem. Na pocieszenie mogę dodać jedynie tyle:
nie nastąpiło to na samym początku.
Pierwsze rozdziały
książki – zgodnie z konwencją – zapowiadają prawdziwą, znaną
już większości czytelników kingowską grozę. Główna bohaterka
– pisarka dobrze sprzedających się westernów – Roberta
Anderson (w skrócie nazywana Bobby) mieszka w cichym, raczej leniwym
miasteczku New Haven, gdzieś w stanie Maine. Razem ze swoim wiernym
towarzyszem, psem Peterem, prowadzi niewielką farmę, tworzy kolejne
kowbojskie historie – innymi słowy relaksuje się z dala o swojej
toksycznej siostry, zatruwającej życie reszcie rodziny. Od czasu do
czasu jej myśli kierują się też ku staremu przyjacielowi –
Jimowi Gardenerowi – poecie i wykładowcy, którego policja określa
mniej wzniosłym mianem „alkoholika strzelającego do własnej
żony”.
Nadchodzi jednak dzień
zmian. Podczas leśnego spaceru z Peterem Bobby potyka się o dziwny,
najwyraźniej metalowy przedmiot. Od czasu tego kontaktu zaczyna
zachowywać się coraz mniej racjonalne, coś przejmuje nad nią
kontrolę. I choć stopniowo traci kontrolę nad własnym umysłem,
wie jedno – musi odkopać to, co znalazła w lesie. Tam zdaje się
przebywać tajemnicza siła, najwyraźniej oczekująca odkrycia. Szał
wiedzy niedługo zaczyna ogarniać całe miasteczko, ludzie
przekonują się, że potrafią konstruować urządzenia, o których
nigdy by nie pomyśleli. Miasteczko zaczyna powoli ewoluować w
zjednoczoną, prawdziwie „wspólną” społeczność. A przyświeca
im tylko jeden cel: zmieniać. Samo Haven przeistacza się w swoistą
enklawę. Nikt nie może go opuścić, ani do niego wkroczyć. Pod
groźbą śmierci. A wszystko to przez ogromną, zakopaną w lesie
konstrukcję.
„Stukostrachy”, które
swój oryginalny, angielski tytuł wzięły z amerykańskiej
dziecięcej wyliczanki, konwencją przypominają coś w rodzaju
horroru, jednak trudno nazwać je thrillerem. Momenty grozy – jak
już wspomniałem – występują w kilku początkowych rozdziałach.
Potem zaczyna się robić drętwo, do tego stopnia, że odłożenie
książki bywa naprawdę zrozumiałe. Być może wina leży po
stronie czasów – rzeczy wywołujące przerażenie w połowie lat
osiemdziesiątych, dzisiaj nie robią na nas aż takiego wrażenia, z
drugiej strony zawinić mogła też objętość. Trudno utrzymać
napięcie przez sześćset stron. Tak obszerny materiał nie jest
wolny od męczących powtórek, a one rzeczywiście nie gwarantują
pożądanej w tym przypadku atmosfery horroru.
Przyzwyczailiśmy się
jednak do tego, że książki Stephena Kinga rekompensują nam
epizodyczne dłużyzny znakomitym, wręcz eksplodującym finałem.
„Stukostrachy” pod tym względem rozczarowują. Co prawda
nawiązują tym samym do przewidywalności wpisanej na stałe w
niektóre gatunki horroru, jednak mimo wszystko od mistrza
niekonwencjonalności wymaga się czegoś zupełnie innego.
Z przykrością
potwierdzam wcześniejsze słowa – zawiodłem się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz