piątek, 21 grudnia 2007

Pewnego razu - James Herbert

Najpierw był udar. I, niemal równocześnie z nim, wypadek.
Później koszmarnie długie miesiące żmudnej, bolesnej rekonwalescencji...
Czym się skończyło? Czymś, co pewnie wielu chciałoby zobaczyć. Wizją masturbującej się na polanie nimfetki.
Cóż dalej? Ach, drogi czytelniku, dalej mogło być już tylko gorzej.

Na okładce książki Jamesa Herberta pt. „Pewnego razu...” widnieje niekoniecznie zauważalna adnotacja: BAŚŃ DLA DOROSŁYCH. Jako recenzent poczułem się zobowiązany zerknąć do Słownika terminów literackich. Niewielka publikacja poinformowała ogólnie, właściwie niczego nie zmieniwszy w obecnym rozeznaniu, że baśń jest to opowiadanie ludowe bogate w elementy fantastyczne. Ani słowa niestety o fabule i jej wymaganiach, choć te problemy przeciętnemu czytelnikowi wydają się zapewne nieistotne. Problemy klasyfikacji, być może, nikomu snu z powiek nie spędzają, ale absurdalność (choć uważam to określenie za zbyt poważne i zbyt literackie w odniesieniu do ww. tytułu) tekstu już tak. Tylko na czym owa absurdalność miałaby polegać?
Najlepiej zaczynać od początku, dlatego kilka słów o bohaterach i wydarzeniach, w które zostają wplątani. Za główną postać „Pewnego razu...” uważać można Thoma Kindreda – człowieka, który przeszedł wiele. W wieku dwudziestu siedmiu lat przeżył udar razem z wypadkiem samochodowym, w wyniku czego jego życie kompletnie się zmieniło. Nie mógł już robić wszystkiego, co zdarzało się wcześniej, odsunął od siebie kobiety, przestał w ogóle pić alkohol... A do tego od czasu do czasu tracił kontrolę nad lewą połową swojego ciała. Nie chciał jednak używać wobec siebie słowa „niepełnosprawny”, nawet jeśli okazywało się zupełnie trafne. Właśnie w takim momencie życia czytelnik spotyka owego nieszczęśnika. Thom powraca do domu, w którym się wychował, do tego tak dobrze znanego nam z literatury kraju lat dzieciństwa. Stary to motyw i nawet przyjemny w doznaniach czytelniczych – okazja do dowiedzenia się o bohaterze więcej, szansa dla narratora by wyjść poza kanoniczną powierzchowność opisu... Kopalnia możliwości pisarskich. I są one dość dobrze wykorzystywane. Akcja nabiera tempa, jest dość obyczajowo, ciekawie, w pewnym momencie wydaje się nawet, że książka nie zawiedzie pod względem psychologicznym... Człowiek zaczyna zapominać o wersalikowej adnotacji na okładce i ma nadzieję na dobrze poprowadzoną prozę.
„Nadzieja matką głupich!” – znane powiedzenie pozbawia (w dodatku słusznie) złudzeń także w tym przypadku. Pozytywne odczucia wobec tekstu niszczą dwie podstawowe sprawy. Po pierwsze: postaci, po drugie: porno. Od seksu zacznę, choć obie zaprezentowane właściwości łączą się ze sobą niemalże ściśle. Seks – powtórzę jeszcze kilka razy, żeby zaspokoić oczy głodne tego wyrazu – seks, seks, seks i pornografia. Dużo tego znajdziemy w „Pewnego razu...”. Źli bohaterowie gwałcą dobrych (albo neutralnych), wysyłają sukkuby, żeby pozbawiały wybranych mężczyzn nasienia i, ale to już razem z pozytywnymi postaciami, robią sobie dobrze (proszę wybaczyć eufemizm) w najdziwniejszych miejscach i przy równie niecodziennych sytuacjach. Dlaczego twierdzę, że niszczą w ten sposób tekst? Z prostego powodu – prezentują naprawdę niski poziom. Nie chodzi o czystość, nikt od książek nie żąda, żeby pornografii nie zawierały. Ale niech chociaż będzie jakoś bogata artystycznie, miała w sobie na tyle polotu, żeby wywołać rumieniec na policzkach czytelnika i przyspieszyć jego oddech... A nie sprawiać, że człowiek tarza się ze śmiechu i tylko zerka ze wstydem na około, czy nikt nie próbuje czytać mu przez ramię.
Postaci. Może po kolei. Thom Kindred – jak już wspomniałem – to bohater początkowo przemyślany, człowiek po przejściach, bez wspomnień z dzieciństwa, podstawa do stworzenia naprawdę udanej charakterystyki, ale oprócz niego znajdziemy w „Pewnego razu...” innych, już mniej zachwycających. Bohaterowie tej historii, historyjki właściwie, bo rozgrywającej się gdzieś na zapomnianych wiejskich obszarach Anglii, dzielą się (jak to w baśni) na fantastycznych i realistycznych. W obydwu światach trafiają się zarówno źli jak i dobry, choć ludzie traktowani są jako swoiste cartes blanches – działają zgodnie z planami postaci nierealnych, z których warto wymienić dwie: Jennet – wspomnianą we wstępie nimfetkę (i rusałkę zarazem) oraz Nell Quick – owładniętą koszmarnym libido czarownicę.
Po co właściwie wiedźma w takiej historii? Klasycznie, w końcu mamy do czynienia z baśnią, istnieje po to, by siać zamęt i zniszczenie. W dawnych opowieściach czarownica chciała szkodzić ludziom, tutaj, w nowoczesnej adaptacji znanych motywów, chce przede wszystkim spadku po ojcu przyjaciela głównego bohatera – sir Russelu. Trudno powiedzieć, co kieruje jej pobudkami. Czy wielkość posiadłości, wiele zielonych terenów (na których nota bene zamieszkują rusałki, skrzaty, elfy i inne tego typu „niewinne” stworzenia), a może tylko chęć nieskładnego i niezaplanowanego naprzykrzania się bohaterom? Nieistotne. Co najważniejsze to to, że próbuje zgładzić Thoma Kindreda. Czy kogoś w ogóle obchodzi dlaczego? Najwyraźniej samego autora nie za bardzo, ale to inna historia.
A rusałka? Rusałka pomaga odpowiedzieć głównemu bohaterowi na wiele pytań. Niczym Wergiliusz w „Boskiej komedii” Dantego – oprowadza zagubionego mężczyznę po zawiłościach świata. Wyjaśnia istotę współżycia seksualnego jako niezmąconego szczęścia i siły, która spaja rzeczywistość (cóż za przypadek!), opowiada o życiu pozagrobowym, pomaga w odnajdywaniu zagubionych wspomnień (i straconego wzwodu) i obdarza Kindreda darem wspanialszym niż największe skarby świata... Dość. Dość tej obrzydliwej ironii z mojej strony. Proszę sobie tylko odnotować, że ta wspaniała istota z wyglądu przypomina dwunasto- jeśli nie jedenastolatkę, a co za tym idzie, główny bohater przedstawia się zdecydowanie dwuznacznie.
W tym miejscu chciałbym omówić pokrótce fabułę. Chciałbym, ale zastanawiam sie, czy to w ogóle możliwe. Może w pewnego rodzaju wyliczeniu. A zatem – Thom przybywa do dawnego domu, gdzie spędził najlepsze lata dzieciństwa ze swoim przyjacielem Hugonem i matką Bethan. Zaznajamia się z dawno niewidzianymi krajobrazami. Jeden ze spacerów kończy się podglądaniem nimfetki w sytuacji całkowicie niedwuznacznej. Później pojawia się wiedźma, sprawy się komplikują, dochodzą postaci zgwałconych rehabilitantek, umierających właścicieli niebotycznych sum... A gdzieś po drodze można natrafić na kopulujące radośnie niby-świetliki, wypełzających spod ziemi zmarłych i opanowane żądzą mordu drzewa. Innymi słowy wszystko w jednym, a tak naprawdę nic we wszystkim.
Co właściwie zostaje, jeśli zapomnimy o mankamentach bohatersko-fabularnych (i tłumaczeniowych – przekład aż się prosi o konkretną i szczerą korektę)? Naiwna historyjka o walce dobra ze złem, w której zło, za przeproszeniem, szczyci się głupotą, nie potrafi wyciągać wniosków z własnych błędów i działa zupełnie nielogicznie. Złośliwy wytknąłby autorowi antyfeministyczną postawę, ponieważ ową niszczącą siłę reprezentuje postać kobiety, ale ja będę się trzymać własnego zdania, że to czysty brak umiejętności i talent do spłycania.
Jeśli już chce się sięgnąć, to z przymrużeniem oka i naprawdę olbrzymim dystansem. I mieć świadomość, że tym razem autor nie ironizuje. To pomaga w trzeźwej ocenie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz