„Kwadratura trójkąta”
inaczej „Wolski w shortach (1)” to zaproponowany przez
wydawnictwo Solaris zbiór krótkich form literackich z
oszałamiającego dorobku Marcina Wolskiego – postaci nietuzinkowej
i dobrze znanej polskim wielbicielom fantastyki chociażby dzięki
takim tytułom jak: „Laboratorium 8” (także jako słuchowisko
radiowe), „Agent dołu” czy „Klucz do Apokalipsy”.
W pierwszym tomie szortów
znalazły się utwory powstałe w latach siedemdziesiątych i na
początku osiemdziesiątych „z radia wzięte” – jak sam autor
wspomina we wstępie. Umieszczone w zbiorze nowelki i mikropowieści
w większości po raz pierwszy ujrzały światło dzienne w magazynie
„60 minut na godzinę”, a później weszły w skład osobnych
tomów ( zresztą według nich są one umieszczone w „Kwadraturze”):
„Sześćdziesiąt minut na godzinę”, „Z przymrużeniem ucha”
oraz „Tragedia Nimfy 8”. Do całość dołączono ponadto
średniej długości powieść, po której zbiór odziedziczył swój
nieco tajemniczy, a może nawet intrygujący tytuł.
Dość informacji
wprowadzających. Czas na przyjrzenie się treści. „Proszę
opuścić pasy, nie regulować radioodbiorników i nie traktować
przedłożonego materiału zbyt serio” – tymi słowami autor
kończy wstęp, a ja chciałbym za te wskazówki serdecznie
podziękować. Radioodbiornika nie regulowałem i w konsekwencji
bawiłem się świetnie.
Trudno tak naprawdę
opisać wszystkie nowelki i opowiadania po kolei. Niektóre swoją
objętością nie przekraczają jednej strony, inne co prawda
dobijają nawet do dziesięciu, ale nie w tym rzecz. Każde
pojedyncze dziełko kryje w sobie nutkę absurdu, nieco
przewrotności, czasem nawet zdawało mi się, że spomiędzy kartek
spogląda na mnie bezczelny (to słowo ma tu wydźwięk raczej
podziwu niż pogardy, proszę wziąć tę kwestię pod uwagę),
oczekujący odpowiednich reakcji, psychologizujący ironista (a może
ironizujący psycholog). Jakby za narratorem stał ktoś wyższy
statusem, kto podpowiada, jakich chwytów użyć, aby zadziwić
czytelnika i zrobić wszystko, by był zmuszony przewracać kartki
bez opamiętania. Tak właśnie czyta się krótkie formy Wolskiego.
Akapit za akapitem, historyjkę za historyjką, w tempie iście
szaleńczym. Nie da się inaczej. Zwyczajna, ludzka ciekawość pcha
człowieka coraz dalej i dalej, aż nagle, gdy strona numer 229
ustępuje roztrzęsionym, zaintrygowanym palcom, okazuje się, że to
już koniec, nie ma więcej zabawnych, niekiedy wręcz sarkastycznych
dziełek. Rozpoczyna się prawie dwustustronicowa powieść i właśnie
jej poświęcę więcej, z racji objętości, uwagi.
„Kwadraturę trójkąta”
można by opisać w kilku słowach jako „powieść kryminalną,
osadzoną w realiach innego świata”. Można by, ale wtedy takie
przedstawienie pozbawiałoby całość pewnego smaczku. Smaczku,
który nie jest do końca na wyciągnięcie ręki, trzeba umieć go
odszukać, niemalże „wejść w fabułę”.
Akcja powieści toczy sie
na Innej – planecie nazwanej tak przez pierwszych osadników.
Legenda głosi, że pochodzili z położonej po drugiej stronie Drogi
Mlecznej tajemniczej Ziemi, skąd zostali przeniesieni przez
niewiadomą siłę. Jej tożsamość nadal pozostaje w ukryciu,
niektórzy czczą ja jako bóstwo i nazywają Przesadzaczem (w
kontekście ogrodniczym), inni ostentacyjnie odrzucają wiarę w
przesadność starych opowieści i zgodnie twierdzą, że żadnej
Ziemi nie było.
Jednakże Marka Ursina –
pracownika i przyjaciela Quintusa Cedrusa – nie obchodzą ani
duchowe, ani filozoficzne sprawy. Ma w życiu ważniejszy cel. Jako
consulantor robi wszystko, żeby pomóc swojemu pracodawcy wspiąć
się na polityczne wyżyny. Wszak tylko Cedrus godny jest tytułu
Super Navigatora Archipelagu, Pierwszego Konsula, Wielkiego
Pontifeksa, Szefa Legionów i Czterech Flot. Tylko on może zostać
Demokratycznym Zwierzchnikiem Federacji.
Jednakże coś wisi w
powietrzu. Marek dowiaduje się o człowieku, który koniecznie chce
audiencji u Quintusa, ponoć ma wiadomości na temat spisku na życie
nowego Super Navigatora. Niestety, wiadomość nigdy nie ujrzy
światła dziennego – mężczyzna ginie w tajemniczych
okolicznościach. Dowody sugerowałyby samobójstwo, ale nie wszystko
do siebie pasuje. Pozostaje kilka niewyjaśnionych, niepokojących
szczegółów. Mniej więcej w tym czasie na scenę wkracza Leontias
zwany Słowianinem – człowiek, od którego tak naprawdę zależeć
będzie przyszłość Archipelagu. Od niego i najbliższych,
niezwykle młodych współpracowników – nachalnej Dii i
inteligentnego, ale dość naiwnego Gurusa.
Co odkryją i czy tak
naprawdę śledztwo w ogóle się powiedzie – tego czytelnik dowie
się z lektury, ja jedynie mogę zachęcić. A zachęcam. Po
pędzących nowelkach przydaje się dłuższy przystanek, a takim
właśnie jest „Kwadratura trójkąta”. To błyskotliwa,
naszpikowana aluzjami kulturowymi, politycznymi i historycznymi –
nie sposób przejść obojętnie. A jeśli dodamy do tego dość
ciekawą (i ironiczną zarazem!) kreację bohaterów, pozostaje tylko
sięgnąć i dobrze się bawić. Nie reguluj, czytelniku,
radioodbiornika. Nie trzeba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz