piątek, 10 października 2008

Salve Regina!

Salve Regina!
Z Jaworzna-Szczakowej do Lichenia w 75 minut

Jest coś mistycznego w sztuce monodramu, który – jako rodzaj przedstawienia – w sposób paradoksalny przez maksymalne zminimalizowanie ilości głosów scenicznych prowokuje najintensywniejszy dialog z publicznością. Dialog – wypada zaznaczyć – na poziomie daleko bardziej zaawansowanym niż słowa. Zawiera on bowiem w sobie mowę rozumianą dosłownie, dźwięki (te tworzone i odgrywane), muzykę, światła, efekty dostępne jedynie w światku teatralnym, słowem wszystko to, co – z przyczyn estetycznych – na co dzień nie ma prawa przebywać na tym samym poziomie opisu. Język to jedno, performance to drugie, a i wiele innych czynników składa się na kolejne części wydarzenia teatralnego, na których analizę, niestety, pozwolić sobie – z racji braku odpowiednich narzędzi teatrologicznych – nie mogę.
Monodram zaprezentowany przez Michała Witkowskiego – bo o „Barbara Radziwiłłówna Show” mowa – zawiera w sobie oryginalność jednoosobowego widowiska, ale posiada także pierwiastek na większą skalę nieznany temu gatunkowi, mianowicie – widza wtajemniczonego. Oczywiście, spotkaliśmy się z tym już wcześniej, chociażby w teatrze oświeceniowym, w którym prym wiodły przede wszystkim konwencje. Publiczność zdawała sobie sprawę z przebiegu sztuki, a mimo wszystko bawiła się znakomicie. Zresztą doświadczamy dziś czegoś podobnego, gdy po raz kolejny idziemy do teatru, aby po raz kolejny nacieszyć zmysły dziełami Fredry, Moliera i innych. Jednak większość widzów traktuje osiemnastowieczne sztuki jako atrakcje o zabarwieniu historycznym, podróż do czasów i manier dostępnych już tylko dzięki pamiątkom przeszłości. Z „Barbarą” jest inaczej.
Bo choć to także rodzaj podróży czasoprzestrzennej – do Polski odnoszącej się z czułością do cinkciarzy, badylarzy i innych zamierających profesji, gdzie słowa „idź i zapierdol im drukarkę” nikogo nie dziwiły – to jednak gotowy jestem uznać to artystyczne wydarzenie przede wszystkim za portret Polaka. Namalowany – i to dosłownie! – węglem z kopalni „Mysłowice”. Może na początku rzeczony Polak wydaje się nieco specyficzny. Jednak odbiorca szybko odkryje, że tak jak spora część narodu właściciel lombardu „Bastion” jest samotny, a w dodatku uczepiony doczesności w sposób zdecydowanie przesadny. Wiara w materializm jednocześnie pozwala na wyśmiewanie prze-intelektualizmu coraz szybciej zbliżającego się XXI stulecia i (co doprawdy zabawne, bo w swojej hipokryzji doskonale logiczne!) doznawanie objawień na wskroś mistycznych, podszytych ukrytym tragizmem.
Ale to wszystko widz już wie, bo odnalazł na kartach powieści albo usłyszał od osoby zorientowanej. Nie mogło być inaczej. Na widza nieuświadomionego nie ma przed sceną miejsca. Jeśli jednak znalazłby się, dajmy na to, na przedstawieniu przez przypadek – zobaczyłby to, co w skrócie pozwoliłem sobie wyłożyć powyżej. Człowiek zorientowany, do którego będę bez przerwy wracał, nie tylko w samej „Barbarze”, ale także we wcześniejszej twórczości „Michaśki” zobaczy znak naszych czasów (może zapoczątkowany już przez Moliera?) – autora rozprawiającego się z własnym dziełem, co mógłbym nazwać interpretacją ostateczną.
Miewaliśmy to w sztuce rodzimej już wcześniej. Wieszczowie nasi zabawiali przecież w ten sposób sobie współczesnych wielbicieli oraz siebie nawzajem (choć tu „zabawianie” należałoby zapewne zastąpić „rywalizację”, a w niektórych przypadkach nawet „walką”) podczas uprawianych z zacięciem improwizacji. Nieistotne jednak ani kto przodował, ani ile wynieśliśmy z doświadczeń teatralnych od, nie przymierzając, średniowiecza. Kwestia, do której bez przerwy zmierzam i dobrnąć nie mogę z powodu co rusz nasuwających się szczegółów historycznoliterackoteatrologicznych, dotyczy wykonania i odbioru „Barbary” oraz mojego prywatnego zachwytu nad nią.
Nie można jednak powyższych roztrząsań teoretycznych nazwać niepotrzebnymi. Wspomnienie średniowiecza przywołuje nieunikniony kontekst mistycyzmu (czy wolno mi naprędce skonstruować termin mistycyzm nowopolski?), a mianowicie – misteria. Długo borykałem się z ewentualnym obrazoburczym charakterem stosowania takiego określenia względem sztuki niekoniecznie świętej, a może wręcz niewyświęconej. Wtedy jednak ukazała się przede mną magia ponorwidowskiej epoki, gdzie słowo można dobrowolnie modelować, nadawać mu symboliczne, zagadkowe, a czasem nawet zaprzeczające źródłu znaczenie, i już wiedziałem, że wybrałem dobrze.
Zatem misterium. I jeśli dokonamy takiej interpretacji, otrzymamy dzieło, które chciałbym widzieć jako neolament. Nie bez powodu w trakcie przedstawienia Witkowski okrywa głowę szalem niczym niegdyś w Palestynie kobiety. Dzięki temu widzę w nim ucieleśnienie Matki Boskiej, nasza nowa, queerowo-polska Maryja przemawia do widowni z przejęciem godnym tonu utworu „Posłuchajcie bracia miła...” Nie opłakuje jednak jednostkowej tragedii Chrystusa, ale pochyla się nad wieloma duszami. Ludzie zniszczeni przez brak poznania siebie samych mogliby znaleźć ukojenie w tych męsko-matczynych ramionach.
Michał Witkowski przyzwyczaił nas do literatury w postaci terapii szokowej i nadal nie rezygnuje z takiej formy. Zachowuje ją nie tylko wewnątrz swoich książek, ale także we wszelkiego rodzaju interpretacjach. To chciałbym podkreślić na zakończenie. Pomimo zmiany medium, przekaz pozostaje identyczny, a po tym właśnie poznaje się prawdziwe dzieło.
Salve regina!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz