Salve Regina!
Z Jaworzna-Szczakowej do Lichenia w 75 minut
Jest coś mistycznego w sztuce monodramu, który – jako rodzaj
przedstawienia – w sposób paradoksalny przez maksymalne
zminimalizowanie ilości głosów scenicznych prowokuje
najintensywniejszy dialog z publicznością. Dialog – wypada
zaznaczyć – na poziomie daleko bardziej zaawansowanym niż słowa.
Zawiera on bowiem w sobie mowę rozumianą dosłownie, dźwięki (te
tworzone i odgrywane), muzykę, światła, efekty dostępne jedynie w
światku teatralnym, słowem wszystko to, co – z przyczyn
estetycznych – na co dzień nie ma prawa przebywać na tym samym
poziomie opisu. Język to jedno, performance to drugie, a i wiele
innych czynników składa się na kolejne części wydarzenia
teatralnego, na których analizę, niestety, pozwolić sobie – z
racji braku odpowiednich narzędzi teatrologicznych – nie mogę.
Monodram zaprezentowany przez Michała Witkowskiego – bo o „Barbara
Radziwiłłówna Show” mowa – zawiera w sobie oryginalność
jednoosobowego widowiska, ale posiada także pierwiastek na większą
skalę nieznany temu gatunkowi, mianowicie – widza wtajemniczonego.
Oczywiście, spotkaliśmy się z tym już wcześniej, chociażby w
teatrze oświeceniowym, w którym prym wiodły przede wszystkim
konwencje. Publiczność zdawała sobie sprawę z przebiegu sztuki, a
mimo wszystko bawiła się znakomicie. Zresztą doświadczamy dziś
czegoś podobnego, gdy po raz kolejny idziemy do teatru, aby po raz
kolejny nacieszyć zmysły dziełami Fredry, Moliera i innych. Jednak
większość widzów traktuje osiemnastowieczne sztuki jako atrakcje
o zabarwieniu historycznym, podróż do czasów i manier dostępnych
już tylko dzięki pamiątkom przeszłości. Z „Barbarą” jest
inaczej.
Bo choć to także rodzaj podróży czasoprzestrzennej – do Polski
odnoszącej się z czułością do cinkciarzy, badylarzy i innych
zamierających profesji, gdzie słowa „idź i zapierdol im
drukarkę” nikogo nie dziwiły – to jednak gotowy jestem uznać
to artystyczne wydarzenie przede wszystkim za portret Polaka.
Namalowany – i to dosłownie! – węglem z kopalni „Mysłowice”.
Może na początku rzeczony Polak wydaje się nieco specyficzny.
Jednak odbiorca szybko odkryje, że tak jak spora część narodu
właściciel lombardu „Bastion” jest samotny, a w dodatku
uczepiony doczesności w sposób zdecydowanie przesadny. Wiara w
materializm jednocześnie pozwala na wyśmiewanie
prze-intelektualizmu coraz szybciej zbliżającego się XXI stulecia
i (co doprawdy zabawne, bo w swojej hipokryzji doskonale logiczne!)
doznawanie objawień na wskroś mistycznych, podszytych ukrytym
tragizmem.
Ale
to wszystko widz już wie, bo odnalazł na kartach powieści albo
usłyszał od osoby zorientowanej. Nie mogło być inaczej. Na widza
nieuświadomionego nie ma przed sceną miejsca. Jeśli jednak
znalazłby się, dajmy na to, na przedstawieniu przez przypadek –
zobaczyłby to, co w skrócie pozwoliłem sobie wyłożyć powyżej.
Człowiek zorientowany, do którego będę bez przerwy wracał, nie
tylko w samej „Barbarze”, ale także we wcześniejszej twórczości
„Michaśki” zobaczy znak naszych czasów (może zapoczątkowany
już przez Moliera?) – autora rozprawiającego się z własnym
dziełem, co mógłbym nazwać interpretacją ostateczną.
Miewaliśmy to w sztuce rodzimej już wcześniej. Wieszczowie nasi
zabawiali przecież w ten sposób sobie współczesnych wielbicieli
oraz siebie nawzajem (choć tu „zabawianie” należałoby zapewne
zastąpić „rywalizację”, a w niektórych przypadkach nawet
„walką”) podczas uprawianych z zacięciem improwizacji.
Nieistotne jednak ani kto przodował, ani ile wynieśliśmy z
doświadczeń teatralnych od, nie przymierzając, średniowiecza.
Kwestia, do której bez przerwy zmierzam i dobrnąć nie mogę z
powodu co rusz nasuwających się szczegółów
historycznoliterackoteatrologicznych, dotyczy wykonania i odbioru
„Barbary” oraz mojego prywatnego zachwytu nad nią.
Nie
można jednak powyższych roztrząsań teoretycznych nazwać
niepotrzebnymi. Wspomnienie średniowiecza przywołuje nieunikniony
kontekst mistycyzmu (czy wolno mi naprędce skonstruować termin
mistycyzm nowopolski?),
a mianowicie – misteria. Długo borykałem się z ewentualnym
obrazoburczym charakterem stosowania takiego określenia względem
sztuki niekoniecznie świętej, a może wręcz niewyświęconej.
Wtedy jednak ukazała się przede mną magia ponorwidowskiej epoki,
gdzie słowo można dobrowolnie modelować, nadawać mu symboliczne,
zagadkowe, a czasem nawet zaprzeczające źródłu znaczenie, i już
wiedziałem, że wybrałem dobrze.
Zatem misterium. I jeśli dokonamy takiej interpretacji, otrzymamy
dzieło, które chciałbym widzieć jako neolament. Nie bez
powodu w trakcie przedstawienia Witkowski okrywa głowę szalem
niczym niegdyś w Palestynie kobiety. Dzięki temu widzę w nim
ucieleśnienie Matki Boskiej, nasza nowa, queerowo-polska Maryja
przemawia do widowni z przejęciem godnym tonu utworu „Posłuchajcie
bracia miła...” Nie opłakuje jednak jednostkowej tragedii
Chrystusa, ale pochyla się nad wieloma duszami. Ludzie zniszczeni
przez brak poznania siebie samych mogliby znaleźć ukojenie w tych
męsko-matczynych ramionach.
Michał Witkowski przyzwyczaił nas do literatury w postaci terapii
szokowej i nadal nie rezygnuje z takiej formy. Zachowuje ją nie
tylko wewnątrz swoich książek, ale także we wszelkiego rodzaju
interpretacjach. To chciałbym podkreślić na zakończenie. Pomimo
zmiany medium, przekaz pozostaje identyczny, a po tym właśnie
poznaje się prawdziwe dzieło.
Salve
regina!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz